“Irlandczyk” ostatecznie okazuje się głównie historią o przemijaniu i gorszą lekcją na temat pozorów własnej istotności. Czy Scorsese rzeczywiście potrzebował na jej opowiedzenie prawie dwustu minut?

Brak tekstu o Irlandczyku to jeden z moich największych wyrzutów sumienia ostatnich tygodni. Wielokrotnie obiecywałem, że podzielę się opinią o najnowszym dziele Martina Scorsese, ale ostatni miesiąc był dla mnie wyjątkowo intensywny na innych polach mojej działalności i najzwyczajniej na świecie nie miałem sił ani czasu. Jednocześnie bardzo chciałem podzielić się swoimi przemyśleniami na jego temat. Ostatecznie zdecydowałem się na kompromis – oto moje sześć krótkich przemyśleń na temat najistotniejszych dla mnie aspektów tego filmu. Mam nadzieję, że taka forma także się Wam spodoba.

1. Irlandczyk jako pożegnanie.

To przede wszystkim film skierowany do miłośników specyficznego rodzaju kina, które już dawno odeszło w cień. Scorsese podsumowuje nie tylko kino gangsterskie, ale także okres “Nowego Hollywood” oraz rozbudowane epopeje z lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. Irlandczyk to obraz, który najwięcej zyskuje po osadzeniu go w odpowiednim kontekście, jako epitafium dla całej epoki w kinematografii. Cały główny trzon tej produkcji, sposób opowiadania, dobór aktorów i ogólny klimat “wielkości” całej historii, to już raczej trącące myszką relikty. I ich znajomość wydaje się niezbędna do tego, aby przeżyć ten film w pełni. Bo seans Irlandczyka jest jak powrót do dobrze znanego nam miejsca, o którym wiemy, że lata świetności ma już za sobą. Po prostu trzeba mieć w głowie, jak to wszystko wyglądało w swoim złotym wieku. Choć nawet bez tej wiedzy da się go docenić jako nietypową historię o przemijaniu i przegranym życiu.

2. Długość

W pełni rozumie ludzi narzekających na długość filmu, bo rzeczywiście jest w nim trochę scen, zwłaszcza tych z rozbudowanymi dialogami (dla mnie dobrze budujących postaci), bez których historia poradziłaby sobie całkiem dobrze. Jednocześnie doceniam to, jak sam czas trwania i wydźwięk poszczególnych aktów współgra tu z cała opowieścią. Początek jest jak młodość – wszystko wydaje się istotne i intensywne, ale im dalej w las tym rzeczy tracą na znaczeniu, film skupia się na bardziej uniwersalnych kwestiach. Więc to końcowe zmęczenie wydaje się zabiegiem celowym. Nie zmienia to faktu, że nie musi się on podobać, bo ten glut w pewnym momencie rzeczywiście zostaje rozciągnięty zbyt mocno. Mi pewnie pomogło to, że zagłębiłem się w kinowym fotelu i po prostu chłonąłem film. W domowym zaciszu o skupienie byłoby o wiele ciężej.

3. Demitologizacja

Jeśli przyjmiemy, że kinowa mitologizacja mafii rozpoczęła się wraz z premierą Ojca chrzestnego, to Irlandczyka można uznać za ostateczny koniec tego trendu. Scorsese zresztą już wcześniej obdzierał ten mit z jego podstawowych założeń. W końcu świata przestępców z Chłopców z ferajny i Kasyna nie ma prawie nic wspólnego z opowieściami o świecie, w którym honor i zasady stoją na pierwszym miejscu. Romantyczna otoczka zniknęła, ale pozostawały pieniądze i blichtr. Natomiast życie bohatera Irlandczyka nie wydaje się na tyle ciekawe i wspaniałe, aby poczuć,  że było warte zupełnego oddania się swoim szefom. Owszem, osiąga to i owo jako działacz związkowy, ale ostatecznie do końca życia pozostaje chłopcem na posyłki, które nie ma nic do powiedzenia. Musi zrobić to, co rozkazuje mu góra. Już nawet pomijając cały epilog o utracie tego co najistotniejsze, Irlandczyk przedstawia życie żołnierza mafii jako bardzo słaby wybór życiowej kariery.

4. Główny bohater pozbawiony osobowości

Kolejnym elementem, który sprawia, że Irlandczyk może nie być filmem łatwym w odbiorze, jest sam główny bohater. Frank Sheeran wydaje się człowiekiem pozbawionym własnej osobowości, oportunistą, który nie widzi nic złego w tym, że całe życie podąża za czyimiś rozkazami. Nawet jeśli próbuje postawić się w istotnej dla siebie sprawie, to i tak ostatecznie zostaje ulepiony według widzimisię kogoś ze swojego otoczenia. Sheeran przez większość swojego życia wydaje się tak wyzbyty jakiejkolwiek autorefleksji, że w pewnym momencie staje się to aż fascynujące. On sam został pozbawiony empatii, więc ja też nie byłem w stanie poczuć wobec niego żadnej prawdziwej emocji. Wydaje mi się, że wszyscy inni bohaterowie Irlandczyka są od niego ciekawsi. To wszystko ostatecznie wpisuje się w nihilistyczny wydźwięk całości filmu – ot kolejny zmarnowany żywot, człowiek który niby miał wpływ na historię, ale ostatecznie nie zbudował niczego prawdziwego. 

5. Po co było to wszystko?

Irlandczyk to film, w którym Scorsese pokazuje przemijanie zupełnie bez znieczulenia, próbując znaleźć odpowiedź na to, co właściwie naprawdę jest warte ludzkiego trudu i poświęcenia. Oczywiście, najmocniej pokazuje to postać głównego bohatera, który zaprzepaszcza relację z rodziną właściwie po nic. Jednak nie tylko on zostaje pozbawiony znaczenia – wszyscy jego koledzy kończą zabici, albo jak on starzeją się i zostają pozbawieni dawnej potęgi. Niezwykle istotny i znany wszystkim Jimmy Hoffa także znika z masowej pamięci, młodzi ludzie zupełnie nie kojarzą jego postaci. Ciekawym symbolem wydają się tu pokazywane w wiadomościach kolejne wydarzenia, które kiedyś wstrząsnęły światem. Kryzys Kubański, zabójstwo Kennedy’ego, afera Watergate – to wszystko zostaje sprowadzone do historycznych wzmianek, o których już mało kto rozmyśla. Wiadomo, że Scorsese w ten sposób sam zadaje pytanie o własne dziedzictwo – czy te wszystkie filmy, dziesiątki lat twórczości w ostatecznym rozrachunku są istotne? Czy podobnie, jak wszyscy inni, tworzył przez lata napędzany złudzeniem, że zostawi po sobie coś prawdziwego. To właśnie sprawia, że Irlandczyk jest jednak czymś więcej niż tylko powrotem do znanego sobie świata.

6. Aktorska ferajna daje radę

Wbrew pozorom nie jest to film, który aż tak łatwo ocenić pod względem aktorskim, bo optykę psuje nam podejście “Chłopaki wciąż dają radę”. Szczególnie istotne jest to w przypadku roli Joe Pesciego, który wrócił z aktorskiej emerytury. Na szczęście radzi sobie ze swoją postacią bardzo dobrze, ale daleko mu do swoich najlepszych momentów, czuć pewnego rodzaju zmęczenie. Natomiast Robert De Niro sięga po cały zestaw sprawdzonych aktorskich sztuczek z całej swojej kariery, przez co trudno uwierzyć, że oglądamy konkretną postać. To po prostu jest De Niro, co nie znaczy, że oglądanie go nie sprawia przyjemności. W tej dekadzie nie zaliczył chyba lepszego występu. Nie spodziewałem się jednak, że tak bardzo spodoba mi się rola Ala Pacino, który emanuje nadludzką (jak na swój wiek) ekranową energią. Dużo w tym zasługi tego, że postać Jimmy’ego Hoffy wydaje się wręcz stworzona dla niego. Wielki Al mógł puścić hamulce i zaprezentować wszystkie swoje “pacinizmy” bez popadania w auto-parodię, co w ciągu ostatnich dwudziestu lat zdarzało mu się często. Polecam Wam obejrzeć nagrania z prawdziwym Hoffą, wtedy ten występ robi jeszcze większe wrażenie.