Historia kina wypełniona jest aktorami, którzy utracili swój dawny blask i stali się cieniami siebie sprzed lat. Oto mini-cykl mający na celu przybliżenie najciekawszych przypadków.

 

W aktorstwie, jak w każdej dziedzinie sztuki, nic nie jest zapisane na stałe. Historia kina zna niezliczone przypadki aktorów i aktorek, którzy w pewnym momencie zaczęli tracić “to coś” , co sprawiało, że byli wybitnymi przedstawicielami swojej profesji. Powody są najróżniejsze, od megalomanii, przez problemy z używkami, aż po zwykłe wypalenie. Temat ten zafrapował mnie ostatnio na tyle, że postanowiłem poświęcić mu osobny tekst. Na początku planowałem zwykłą listę z paroma zdaniami opisującymi każdy przypadek. Jednak, kiedy zasiadłem już do pisania okazało się, że nawet pobieżne przybliżenie każdej z karier zajmuje sporo miejsca i taka lista mogłaby przerazić potencjalnego czytelnika. Z tego powodu narodził się pomysł na mini-cykl, w którym będę opisywał po dwa przypadki na odcinek. Dzięki temu nie muszę aż tak bardzo powstrzymywać się z ilością tekstu, a Wy nie będziecie odczuwali znużenia spowodowana za dużej dawki faktów na raz.

Nicolas CageNicolas Cage i jego niepowtarzalna mimika

Obecnie głównie obiekt internetowych żartów i uosobienie stwierdzenia: wszyscy wiedzą, że jest świetnym aktorem, ale nikt nie pamięta, kiedy ostatnio zagrał dobrą rolę. Cage od tak dawna nie miał okazji się popisać, że niektórzy już pewnie nie wiedzą, za co właściwie zdobył swój gwiazdorski status. A przecież na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych był prawdziwą aktorską petardą. Jego wujkiem jest Francis Ford Coppola młody Nicolas zmienił nazwisko, bo nie chciał budować swojej kariery na uprzywilejowanej pozycji członka rodziny znanego reżysera. Romantyzm tej ładnej historii psuje nieco fakt, że pierwszy poważny występ zaliczył w “Rumble Fish” stworzonym właśnie przez Coppolę. Nie zmienia to faktu, że od tego czasu zaczął przewijać się w rozpoznawalnych filmach zaliczył występ w “Ptaśku”, “Cotton Club, “Peggy Sue wyszła za mąż” i zagrał główną rolę w “Arizona Junior” Coenów. Jednak prawdziwym przełomem była rola Sailora Ripleya w “Dzikości serca”.

Cool Nicolas Cage w Dzikości serca

W dziele Lyncha, Cage mógł w końcu dać pokaz swojego charakterystycznego, wyjątkowo ekspresywnego stylu gry. W dziwnym świecie reżysera “Zagubionej autostrady” sprawdziło się to znakomicie. Pierwszą połowę lat dziewięćdziesiątych zakończył występem w “Zostawić Las Vegas”, który przyniósł mu Oscara za rolę pierwszoplanową. Postać zdegenerowanego pisarza postanawiającego zapić się na śmierć także idealnie podpasowała do przesadnej ekspresji Nicholasa. Uhonorowanie Akademii sprawiło, że następne kilka lat należało do niego. Zaczął być gwiazdorem zatrudnianym w filmach akcji (“Con Air”, “Bez twarzy”), komediach romantycznych (“Family Man”), jak i poważnych dramatach (“Szyfry Wojny”, “Pan życia i śmierci”). Jednak w pewnym momencie z rolami Cage’a zaczęło się dziać coś niedobrego. Kino zaczęło się zmieniać i jego dwa powtarzane w kółko tryby gry mina srającego kota z dziwnymi tikami i pełna aktorska furia przestały do niego pasować. Cage trafiał do coraz gorszych filmów, a jego występy w “Wicker Manie” i “Ghost Riderze” potwierdzały, że powoli staje się parodią samego siebie. I tak pozostaje właściwie do dzisiaj – trudno przypomnieć sobie jakiś porządny film z jego rolą z ostatnich pięciu lat, a jego nazwisko pojawia się głównie przy okazji dziwnych anegdotek. Na przykład tej, że już dwa razy ukradziono mu pierwszy numer Supermana (to straszny komiksowy nerd –  jego najmłodsze dziecko nazywa się Kal-El właśnie po tym bohaterze). I na razie nie zapowiada się, by w najbliższym czasie miał szansę wrócić do pierwszej ligi i formy sprzed dwudziestu lat.

Robert de Niro

Robert de Niro w Ojcu chrzestnym 2

Ten przypadek jest o tyle ciekawszy, że mowa o jednym z najlepszych aktorów w historii, przy którym Cage (z całym szacunkiem i sympatią dla niektórych ról) jest sezonową ciekawostką. Za de Niro można nawet nie przepadać, ale każdy kto choć trochę interesuje się historią filmu wie, że lata siedemdziesiąte i osiemdziesiąte byłyby bez niego zupełnie inne. Swojego szczęścia jako aktor szukał już w latach sześćdziesiątych, ale przełomem w karierze okazał się dopiero rok 1973. Wtedy de Niro po raz pierwszy pracował z Martinem Scorsese na planie “Ulic Nędzy” był to początek jednej z najciekawszych relacji aktor-reżyser w amerykańskim kinie. Panowie stworzyli jeszcze razem sześć filmów, w tym takie arcydzieła jak “Wściekły byk” i “Taksówkarz”. To właśnie u Scorsese De Niro dał się poznać jako niesamowity aktor metodyczny, w pełni wchodzący w swoje role. Trenując do “Taksówkarza” wyrobił sobie licencję i obwoził klientów przez dwanaście godzin dziennie, a dla historii Jacka la Moty nauczył się boksować, a potem przytył trzydzieści kilo. Poświęcenie na pewno się opłacało – obie role są dzisiaj kultowe. Już same owoce tej współpracy zapewniły mu miejsce wśród filmowych legend, a przecież było tego jeszcze o wiele więcej. “Łowca Jeleni”, “Ojciec Chrzestny II”, “Dawno temu w Ameryce”, “Misja” – wymieniać można by jeszcze długo. Ten zwycięski pochód trwał do końcówki lat dziewięćdziesiątych, kiedy nagle zaczęło dziać się coś złego. Filmem, który sam w sobie nie był aż tak zły, ale można uznać go za zwiastun nadchodzącego spadku formy jest “Depresja Gangstera” z 1999 roku. Następny rok przyniósł “Rocky i Łoś Superktoś” i “Poznaj mojego tatę” – potem było już tylko gorzej. De Niro zaczął grać w naprawdę słabych filmach i sprawiać wrażenie jakby mu się już po prostu nie chciało starać. Ktoś zrobił nawet matematyczne wyliczenie, w którym momencie to nastąpiło:

Robert de Niro w wykresie

W tym roku apogeum spadkowej formy okazało się “Co Ty wiesz o swoim dziadku” – dowód na to, że De Niro gra ostatnio głównie podstarzałych gangsterów albo śmiesznych emerytów. Czasami zdarzają mu się lepsze role, jak u O.Russela (też wpisują się w ten schemat) albo w świeżutkich “Kamiennych Pięściach”, ale też trudno o zachwyty. Nadzieją jest jeszcze to, że niedługo ma ponownie zagrać u Scorsese w “Irishman”, jednak nie oszukujmy się – dawny De Niro poświęcający się dla roli odszedł, a na jego miejscu pozostał po prostu aktor wykonujący swój zawód.