Ant-Man i Osa to film wyjątkowo zachowawczy, nawet w wypadku niezbyt wygórowanych wymagań Marvel Cinematic Universe. Twórcy poszli po linii najmniejszego oporu i postanowili dać widzom jeszcze raz to, co sprawdziło się w pierwszej części.

Pierwszy Ant-Man nie był z pewnością filmem wybitnym, ale na sprawdził się całkiem dobrze jako typowa letnia, kinowa rozrywka. Zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę kłopoty związane ze zmianą reżysera w trakcie powstawania produkcji – pierwotnie odpowiedzialny za film Edgar Wright został od niego odsunięty z powodu “różnic kreatywnych”. Można się domyślać, że błyskotliwy twórca Baby Driver mógł mieć za dużo oryginalnych pomysłów, które mogły nie spodobać się dość zachowawczym włodarzom Disneya. Ant-Man mógł być czymś o wiele ciekawszym, ale ostatecznie był całkiem zabawną, efektowną opowieścią, w której twórcy wprowadzili MCU do formuły heist movie, co sprawiło, że film miał ręce i nogi. Niestety w wypadku drugiej części przygód Scotta Langa, zdecydowanie zabrakło odpowiedniego gatunkowego spoiwa.

Ant-Man i Osa to bardzo wątła historia

Ant-Man hulajnoga

Największym problemem Ant-Mana i Osy jest scenariusz, który jest nadzwyczaj miałki i umowny, nawet jak niezbyt wygórowane pod tym względem standardy MCU. Pamiętacie, jak na końcu trzeciego Kapitana Ameryki Scott Lang został osadzony w maksymalnie strzeżonym więzieniu dla nielegalnych superbohaterów? No to teraz ta kara została mu zmieniona na zwyczajny areszt domowy, który niedługo ma się zakończyć, aby były kryminalista mógł rozpocząć nowe, uczciwe życie. Jednak jego los znowu spotyka się z poszukiwanymi Hankiem Pymem i Hope van Dyne, którzy potrzebują jego pomocy w dostaniu się do znanego z jedynki wymiaru kwantowego. W sprawę zamieszany jest jeszcze niegodziwy handlarz bronią i tajemnicza postać posiadająca moc fazowania. I to w sumie tyle, scenariusz filmu naprawdę jest prosty jak konstrukcja cepa i nie oferuje żadnych zwrotów akcji ani napięcia. Najgorzej, że cały konflikt można byłoby rozwiązać w ciągu trzech scen gdyby bohaterowie po prostu ze sobą porozmawiali. Wiem, że od takich filmów nie należy wymagać za dużo logiki, ale tym razem jest to naprawdę irytujące. Zwłaszcza, gdy po głębszym zastanowieniu okazuje się, że główny bohater raczej przeszkadza niż pomaga w rozwiązaniu problemów.

Ant-Man i OSa

Skoro jednak mowa o lekkim, wakacyjnym filmie, to może warto przymknąć oko na umowny scenariusz i cieszyć się plejadą atrakcji przygotowaną przez twórców? Po części mogę się zgodzić, ale i w tym wypadku mam pewne zastrzeżenia, bo za dużo nowego tu nie ma. Scenarzyści postanowili pójść po linii najmniejszego oporu i użyć wszystkiego, co sprawdziło się w pierwszej części, ale w większej ilości. Główny bohater posiadający urok dużego dziecka? Urocza córeczka? Relacja z Hope na zasadzie “kto się czubi ten się lubi”? Zrzędzący Hank Pym? Zabawne historyjki Luisa i mrówki? Taką listę mógłbym ciągnąć i ciągnąć, bo jest naprawdę długa. Nie będę ukrywał, że parę razy zostałem szczerze rozbawiony, ale przez większość czasu nie mogłem pozbyć się wrażenia, że to wszystko jest strasznie wymuszone.

Ant-Man i Osa to typowa filmowa zapchajdziura

Ant-Man i Osa Duch

Już dawno żaden film MCU nie sprawił na mnie wrażenia, że powstał, bo po prostu musiał, tak jak ma to miejsce w przypadku Ant-Mana i Osy.  Najbardziej boli mnie zmarnowany potencjał, bo w fabule jest sporo dziwnych, naukowych wątków, które mogłyby zostać wykorzystany do czegoś ciekawego i odjechanego. Zamiast tego dostajemy wyjątkowo bezpieczny film, w którym nie ma miejsca na absolutnie nic oryginalnego. Zwykła zapchajdziura wyprodukowana po to, abyśmy przypadkiem nie zapomnieli o naszej cyklicznej dawce superbohaterszczyzny.