Ave, Cezar! przypomina, że Coenowie kochają kino, w to raczej nikt nie wątpi. Ale jeszcze chyba nigdy wcześniej nie pokazali tego w tak bezpośredni sposób, ocierający się wręcz o dziecięcą zabawę.

Pewna anegdotka głosi, że Umberto Eco napisał “Imię Róży”, bo zawsze chciał rozpocząć opowieść zdaniem Był piękny poranek pod koniec listopada. Jednak w powieści pisanej z pełną powagą wyszłoby to zbyt kiczowato, dlatego zdecydował się na postmodernistyczną, intertekstualną zabawę, która w pełni go usprawiedliwiała. Wspominam o tym, bo mam wrażenie, że bracia Coen z takim samych pobudek nakręcili Ave, Cezar!. Cała fabuła ich najnowszego filmu wydaje się jednym wielkim pretekstem do pobawienia się konwencją złotych lat Hollywood i nakręceniu sporej ilości materiału utrzymanego w tej stylistyce. Coenowie zaprosili do tej zabawy także robiącą piorunujące wrażenie liczbę aktorskich sław i razem z nimi wykreowali wspaniałą symulację świata, w którym sławy gwiazd świeciły tak jasno jak nigdy później. A od widza zależy, czy także ma ochotę dołączyć do tej wielkiej farsy.

Fabuła Ave, Cezar! to tylko pretekstAve, Cezar! Brollin

Napisałem, że fabuła obrazu Coenów jest tylko pretekstem do zabawy, ale nie znaczy to, że sama w sobie nie jest ciekawa. Początkowo wydaje się układać w spójną całość, ale potem zmienia się właściwie w zbiór epizodów wirujących wokół postaci Eddiego Manixa (Josh Brolin), którego praca polega na trzymaniu w ryzach całego bajzlu, jakim jest studio filmowe. A kłopoty jakie musi rozwiązywać spędziłyby sen z oczu całej ekipie ludzi. Manix musi borykać się między innymi z ambitnych reżyserem (Ralph Fiennes) nie godzącym się aby główną rolę w jego filmie zagrała pozbawiona talentu gwiazda westernu (Alden Ehrenreich). Stara się także zapobiec skandalowi, który może wywołać ciąża DeeAnny Moran (Scarlett Johanson), na ekranie słodziutkiej blondynki, a poza nim uosobieniem gwiazdorskiego zepsucia. Ale wszystko to mały pikuś w porównaniu do porwania Bairda Whitlocka, głównej gwiazdy tytułowej biblijnej megaprodukcji. Manix w celu rozwiązania tych problemów ucieka się do kłamstw, szantażu i przekupstwa pokazując zakłamanie i fałsz rządzące całym filmowym biznesem. Paradoksalnie jednak, jest on jedyną postacią w filmie, która szczerze wierzy w swoją pracę i misję jaką kieruje się studio przy produkcji swoich hitów. Ten paradoks sprawia, że Manix staje się bohaterem o wiele ciekawszym niż mogłoby się wydawać na początku. Doskonale sprawdza się jako przewodnik po tym dziwnym świecie, gdzie magia kina ekranu przenika do rzeczywistości i zaraża wszystkich pewną specyficzną manią.

Ave, Cezar! marynarze

Największy urok Ave, Cezar! polega na możliwości obserwowania reżyserskiego kunsztu Coenów w dość niecodziennej odsłonie. W ciągu jednego filmu możemy zobaczyć jak idzie im tworzenie eposu biblijnego, niewinnego westernu przywodzącego na myśl te z Elvisem, intelektualnego dramatu, kiczowatego musicalu i filmu o syrence. W normalnej, współczesnej produkcji jakakolwiek z tych scen byłaby nie do przyjęcia i po prostu odrzucała. Jednak w tym wypadku każda z nich jest perełką, która bawi do łez jednocześnie umiejętnie grając na kinowej nostalgii. W tę taktykę wpisują się doskonale pojawiające się co chwilę aktorskie sławy, które czasami grają tylko w jednej scenie, ale dopełniają obraz prawdziwie gwiazdorskiego kina.

Ave, Cezar! to jeden z lżejszych filmów Coenów

Jak na film Coenów, Ave, Cezar! jest niezwykle lekki. Nie ma tutaj miejsca na charakterystyczną dla nich samonakręcającą się spiralę przemocy i nieszczęść wprawianą w ruch przez ludzką głupotę, a główny bohater ma szansę na osiągnięcie spełnienia. Zazwyczaj szydzący z miernot i ludzkich słabości, tym razem pochylają się nad nimi i delikatnie się tylko naigrywają. Bo w końcu w dawnym Hollywood, które już dawno odeszło, było miejsce tylko na happy end. Może się to wydawać banalne, ale bardziej dociekliwi widzowie zorientują się, że kryje się w tym wszystkim duch filmowej filozofii przewrotnego rodzeństwa.