Opowieść o starciu dwóch największych herosów komiksów DC to film nudny, pozbawiony polotu i niesamowicie wręcz pretensjonalny. Zack Snyder próbuje zrobić z siebie wizjonera, ale podsuwa nam obraz, który równie dobrze mógłby nakręcić niezbyt utalentowany debiutant.

Rzadko kiedy akcja promocyjna irytuje mnie tak bardzo, jak miało to miejsce w przypadku kampanii dotyczącej “Batman v Superman”. Duża w tym zasługa tego, że mający swoją premierę trzy lata temu “Człowiek ze stali” był obrazem wyjątkowo bezbarwnym i nudnym. Od tego czasu nie wierzę w nic, czego ma się dotknąć Zack Snyder. Na początku myślałem, że film o pierwszym spotkaniu dwóch najważniejszych ikon DC uda mi się po prostu zignorować. Niech sobie będzie, ja do tego pociągu nie wsiadam. Tyle, że od jakiegoś pół roku ten film jest dosłownie wszędzie. Gdzie się nie spojrzę i gdzie nie zajdę w internecie tam wyskakuje mi reklama tej największej potyczki w dziejach. No, ale czym tu się denerwować skoro taki agresywny marketing to dzisiaj standard? Chodzi o to, że w tym wypadku wszystko zostało zrobione z wyjątkowym kijem w tyłku i ktoś na siłę próbował mi wmówić, że to nie będzie kolejny film dla dzieciaków zajaranych Avengers, tylko mroczna i poważna historia dla dorosłych. Jednak już po trailerach widać było, że to tylko zdanie twórców.

batman-v-superman-trinity

Trudno właściwie zacząć wyliczać, co jest najsłabszym elementem całego filmu, bo tak naprawdę mamy tutaj do czynienia z próbą wciśnięcia na siłę kilku tytułów w jeden, i tak dość długi, obraz. “Batman v Superman” oprócz tytułowej historii chce być jeszcze dodatkowo “Man of Steel 2”, solowym filmem o Batmanie i kawałkiem filmu o Wonder Woman. Efektem jest miszmasz, który kunsztem wykonania przypomina bajaderkę z podłej cukierni. Wrzucono do niej niekoniecznie pasujące do siebie elementy i dla niepoznaki zalano czekoladą. W filmie pojawia się plejada wątków i postaci, które coś robią, za chwilę znikają i pojawiają się znowu. Przez to nie jesteśmy w stanie nikogo polubić i nie rozumiemy motywacji bohaterów. Wiadomo dlaczego Batman chce powstrzymać Supermana, ale niechęć w drugą stronę jest pokazana niezbyt przekonująco. A już zupełnie trudno zrozumieć działania Lexa Luthora, bo argument w postaci “jest szalony” trudno traktować jako poważny. Wszystko to sprawia, że jak na dwu i półgodzinny film, w którym jest zaledwie kilka scen akcji, znalazło się w nim bardzo mało miejsca na jakąś mocniej rozbudowaną fabułę. Prawdziwa magia i kunszt Zacka Snydera. Dla równowagi zaznaczę, że podobne zabiegi irytowały w drugiej części Avengers.

luthor eisenberg

Całe to rozmemłanie blednie jednak przy największej wadzie filmu jakimi są dla mnie nieznośne napuszenie, mrok i pseudofilozoficzny ton. Nie mam nic przeciwko mroczniejszym klimatom w historiach superhero, ale nie można ich sprowadzać to tanich, wzniosłych wypowiedzi na poziomie zagubionego licealisty. Każde wymawiane przez bohaterów zdanie jest niezwykle ważne i symboliczne, a oni sprawiają wrażenie jakby w wolnych chwilach wznosili wzrok ku niebu i poświęcali się rozważaniom o ludzkiej naturze. Niektórzy obrońcy filmu tłumaczą, że to poważna historia poruszająca tak ważne tematy jak ksenofobia, nietolerancja i walka z własnymi kompleksami. Tylko, że są one potraktowanye bardzo powierzchownie i nie wnoszą zupełnie nic nowego. O wiele ciekawszy i dojrzalszy pod tym względem jest disnejowski “Zwierzogród”, a to w końcu animowana komedia o króliczej policjantce.

doomsday

Trzecią rzeczą, która nie wyszła twórcom jest budowanie filmowego uniwersum DC. Widocznie pozazdrościli Marvelowi, który robi to już od ośmiu lat, więc postanowili nadgonić konkurencję i wrzucić do jednego filmu tysiąc nawiązań i zapowiedzi mających na celu rozszerzenie świata przedstawionego. A przecież cały urok wczesnego budowania MCU polegał na tym, że nie mieliśmy pojęcia jakie filmy będą następne (teraz tego już brakuje). W “Batman v Superman” zapowiedź trzech następnych filmów mamy wciśniętą w dosłownie jedną scenę. Dodatkowo pojawia się kilka motywów, przy których nie miałem pojęcia, co właściwie się dzieje, a śmiem twierdzić, że o trykociarzach trochę wiem. To także kwestia tego, że trudno stwierdzić do kogo właściwie ten film jest skierowany – do hardcorowych fanów, czy laików? Myślę, że ci drudzy  pozostawieni samym sobie mogą nie zrozumieć jednej czwartej scen.

batflec

Jest jednak jeden element filmu, który wyszedł naprawdę nieźle. Jest nim sam Batman w wykonaniu Afflecka i ciekawy Alfred grany przez Jeremiego Ironsa. Nietoperz w tej wersji wydaje się jeszcze bardziej pragmatyczny i brutalny niż ten wykreowany w filmach Nolana, co wydaje się intrygującym kierunkiem. Z chęcią go zobaczę w jego solowym tytule i wierzę, że Affleck jako twórca jest w stanie rozwinąć tkwiący w nim potencjał. Bo w “Batman v Superman” dostajemy tylko obiecującą zapowiedź.

supermanek

“Batman v Superman” to po prostu źle zrobiony film. Można się burzyć, bronić swoich ulubionych postaci i wściekle krzyczeć, że krytycy nie zrozumieli tego obrazu. Nieważne czy kreuje on zadowalające fanów wizje bohaterów, po prostu nie spełnia podstawowych wymagań porządnego rzemiosła, jednocześnie pretendując do miana ambitnego kina. A nie od dzisiaj wiadomo, że mało jest rzeczy równie żenujących.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

You may use these HTML tags and attributes:

<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>