Dzisiaj chciałbym z Wami porozmawiać o pewnej krępującej dla wielu czynności. O przyjemnościach zakazanych, o których nie wypada mówić w towarzystwie.

Prawdopodobnie każdy z nas zna to pełne strachliwego napięcia uczucie. Upewniamy się, że w domu nie ma żadnych innych domowników, ewentualnie są zbyt zajęci, żeby zawracać nam głowę. Wchodzimy do pokoju, zasłaniamy okna i z drżeniem rąk włączamy komputer. Głośniki ustawiamy odpowiednio cicho, bo jeszcze sąsiedzi coś usłyszą. Można oczywiście założyć słuchawki, ale to zmniejsza czujność i grozi niespodziewanym nakryciem. To wszystko po to, aby spokojnie obejrzeć coś, o czym i tak nie będziemy mogli porozmawiać ze znajomymi z powodu przepełniającego nas wstydu. Wstydu nie do końca uzasadnionego, bo możemy być prawie pewni, że większość z nich też to robi.

secret

Żarty na bok, przestaję udawać, że chodzi o oglądanie pornosów, choć opisywane zjawisko jest równie perwersyjne w swojej naturze. Chodzi oczywiście o nasze zamiłowanie do tak zwanego “guilty pleasure”, czyli czerpania przyjemności z czegoś, o czym wiemy, że jest raczej marnej jakości. I nie mam na myśli hatewatchingu lub oglądanie rzeczy “tak złych, że aż dobrych”, bo w tych wypadkach przyjemność wynika z czegoś innego. Chodzi mi o sytuację, w której czujemy z tego pierwotną, niczym nieskrępowaną radość. Jednocześnie wiemy, że jeśli szczerze polecilibyśmy ten film/serial/książkę/cokolwiek znajomym, to nasze notowania towarzyskie szybko popikowałyby na sam dół, a zaufanie musiałoby być odbudowywane latami. A szczególnie ciężko jest się przyznać do takich praktyk osobom, które mocniej siedzą w danej tematyce. Jednak trzeba w końcu przestać uciekać i chować się w cieniu. Jesteśmy ludźmi i mamy swoje słabości,  które dotyczą także naszych rozrywek. Dlatego zachęcam do podniesienia głowy i stwierdzenia – Oglądam (miejsce na tytuł) i się tego nie wstydzę! Dla zachęty zapodam kilka swoich mrocznych sekretów.

  1. Wciąż oglądam serial “Blacklist” pomimo tego, że już od pierwszego odcinka była to produkcja, którą trudno nazwać nawet poprawną. Absurdalna, pełna luk logicznych fabuła, przeciąganie sezonu za sprawą nudnych odcinków proceduralnych i wkurzająca główna bohaterka. Jednak jestem strasznie łasy na przegięte historie o międzynarodowych spiskach, konspiracjach i ludziach rządzących światem zza kurtyny. Plus James Spader, ale on jest rzeczywiście dobry, więc to się nie liczy.
  1. Filmy z Jasonem Stathamem. Nawet takie niewypały, jak “Mechanik: Konfrontacja”. Często koszmarnie głupie i drewnianym aktorstwem, ale sama obecność Jasona wystarczy, abym przestał to widzieć. Najwidoczniej łysy koleś kopiący innych ludzi po głowie, to przepis na szczęście.
  1. Obejrzałem “House’a” do końca i czerpałem z tego przyjemność. Głównie z śledzenia relacji między bohaterami, które wchodziły już na poziom telenoweli. Na pewno były ciekawsze niż same zagadki medyczne.

donald

 

Ten krótki tekst ma oczywiście charakter humorystyczny, ale chcę przekazać za jego sprawą pewną myśl. Nie wstydźmy się tego, że czasami podoba się nam coś, czego marności jesteśmy doskonale świadomi. Ważna jednak jest ta świadomość, bo częściej jednak uderza to w drugą stronę, czyli syndrom bronienia oblężonej twierdzy w przypadku, kiedy próbujemy udowodnić, że powszechnie krytykowana produkcja wcale nie jest taka zła. Owszem czasami jakieś tytuły mogą być atakowane według nas niesłusznie, ale pamiętajmy, że argument “ja się dobrze bawiłem” nie znaczy wcale, że tytuł od razu robi się dobry. Jednak nie znaczy też, że nie mamy prawa docenić tej dobrej zabawy. Po prostu, w każdym przypadku jednak warto spróbować spojrzeć na sprawę trochę bardziej obiektywnie, bo inaczej łatwo wyjść na niesłuchającego żadnych argumentów buca.