„Better call Saul” już od pierwszych informacji na swój temat wzbudzał głównie niepokój. W końcu to spin off kultowego „Breaking Bad”, a takie produkcje często okazują się zwykłym odcinaniem kuponów. Jesteśmy już po dwóch pierwszych odcinkach, więc czas się zastanowić czym właściwie jest ten serial.

Zapowiadając „Better call Saul”, Vince Gilighan podjął się nie lada wyzwania. W końcu jego „Breaking Bad” to serial kultowy, uznawany za jedno z szczytowych osiągnięć wśród telewizyjnych produkcji. Od razu było wiadome, że spin-off opowiadający o solowych perypetiach Saula Goodmana będzie bezustannie porównywany do swojego wielkiego poprzednika i prawdopodobnie nie wyjdzie z tego starcia zwycięsko. To jednak kwestia publiki, a nie samego serialu, więc tym nikt nie powinien się martwić. Większym problemem było pytanie, czy twórcą uda się wyciągnąć z postaci cwanego prawnika coś więcej niż tylko kilka tanich gagów. Historia Saula Goodmana była przecież nierozłącznie związana z historią Waltera White’a, a ta definitywnie się skończyła. Dodatkowo okazało się, że akcja „Better call Saul” ma rozgrywać po, w trakcie i przed wydarzeniami znanymi z „Breaking Bad”. Brzmi jak gotowy materiał na fabularny bigos. Jednak wszyscy to pozostawało w sferze domysłów. W końcu AMC wyemitowało pierwsze dwa odcinki swojego nowego serialu i okazało się, że wszelkie wątpliwości były nieuzasadnione. „Better call Saul” to jak na razie naprawdę wyśmienita produkcja.
Wspomniałem wcześniej o obawach dotyczących fabularnej strony produkcji. Okazuje się, że większość serialu dzieje się w przed wydarzeniami z BB, jak na razie widzieliśmy tylko jedną scenę rozgrywającą się po nich. Serial zaczyna się siedem lat przed tym jak Walter White pierwszy raz zgłosił się po pomocą do Saula Goodmana. Okazuje się, że był on wtedy zupełnie inną osobą niż znany wszystkim cyniczny prawnik specjalizujący się w pomaganiu przestępcom dzięki wszelkiej maści wytrychom. Nie nazywał się jeszcze Saul Goodman, tylko James McGille i był niedocenianym adwokatem pracującym jako obrońca z urzędu. Dzięki temu sprytnemu zabiegowi twórcy przykuwają uwagę widzów, którzy od początku zadają sobie pytanie: jak ten poczciwy pierdoła stał się pozbawionych skrupułów hochsztaplerem? I już po pierwszych odcinkach widać, że „Better call Saul” opiera się na pomyśle użytym w „Breaking Bad”: najpierw dowiedzieliśmy się jak Walter White przemienił się w Heisenberga, czas aby zobaczyć transformację Jamesa McGilla w Saula Goodmana.

Tym, czego najbardziej się obawiałem była możliwość, że serial pójdzie w stronę zupełnie komediową i skupi się na jednorazowych gagach. Saul był w końcu postacią w dużej mierze komiczną, napędzającą absurdalne sytuacje jakich w „Breaking Bad” nie brakowało. Na szczęście twórcy uderzyli w trochę poważniejsze tony. Sam Bob Odeknirk określił, że „Better call Saul” to w 85% dramat, a tylko w 15% komedia. I trzeba zaznaczyć, że jest to humor specyficzny, balansujący na granicy groteski, czyli dokładnie ten, który między innymi przyczynił się do fenomenalnego sukcesu historii Heisenberga. „Better call Saul” można właściwie określić mianem lżejszego „Breaking Bad”. Dużo rzeczy jest tu podobnych: bardzo powolne tempo, zamiłowanie do oryginalnych kadrów i wszechogarniające widza poczucie, że już niedługo stanie się coś wielkiego. Oczywiście to wszystko nie byłoby za dużo warte gdyby nie olśniewająca kreacja Boba Odenkirka, który już w „Breaking Bad” zachwycał swoimi umiejętnościami aktorskimi. Jednak dopiero teraz widać, że nie wykorzystał on tam w pełni swojego potencjału, bo nie miał do dyspozycji takiej gamy możliwości. Poza tym w „Breaking Bad” wszyscy pozostawiali w cieniu genialnego Bryana Cranstona, Teraz całe show należeć będzie do Odenkirka.
„Better call Saul” ma na razie tylko dwa odcinki, więc może te wszystkie ochy i achy są przedwczesne, ale w moim przypadku są efektem wcześniejszego niepokoju. Dawno nie byłem tak pozytywnie zaskoczony serialem, który wydawał się pomysłem naciąganym i żerującym na popularności poprzednika. Teraz jestem nastawiony optymistycznie, bo całkiem możliwe, że serial, pomimo nieuniknionych podobieństw, okaże się produkcją oryginalną i świeżą.

PS. Wciąż uważam, że serial powinien nazywać się „Saul Goodman: Attorney at crime”. No, ale obecny tytuł też ujdzie.