Daredevil wraca na ulicę i przypomina, za co pokochaliśmy go za pierwszym razem. Walka pomiędzy Mattem Murdockiem a Willsonem Fiskiem nabiera o wiele bardziej osobistego charakteru, a wszystko ponownie rozgrywa się w dość kameralnej skali. 

Nigdy nie ukrywałem, że jestem olbrzymim fanem serialowego Daredevila. Uważam, że przy produkcji pierwszego sezonu Netflix i Marvel przedstawili nam najlepsze, co stworzyła w tej kwestii telewizja. Udało im się przenieść to, co tak bardzo lubię w udanych seriach komiksowego pierwowzoru – przede wszystkim klimat tak zwanego “street level”, czyli skupienie się na małym fragmencie miasta i walce z lokalną przestępczością. Batalia Matta Murdocka o duszę Hell’s Kitchen była fascynująca między innymi dzięki fenomenalnej postaci Willsona Fiska, którego tak dobrze odegrał Vincent D’onforio. Owszem, przyjęta koncepcja niektórym wydawała się naiwna, ale pamiętajmy, że to wciąż serial o niewidomym facecie spuszczającym łomot mafijnym żołnierzom. Drugi sezon dalej mi się podobał (między innymi dzięki wprowadzeniu postaci Punishera), ale został pozbawiony wcześniej wspomnianych elementów, a mistyczni ninja nie potrafili zrobić takiego wrażenia, jak łysy mistrz zbrodni. Potem nastąpili bardzo rozmemłani Defenders i powoli przestawałem wierzyć, że postać Śmiałka wróci do formy z pierwszego sezonu. Jednak życie potrafi czasami pozytywnie zaskoczyć.

Daredevil wraca do korzenidaredevil sezon trzeci

Nie zamierzam tutaj zdradzać szczegółów fabuły Daredevila, ale chyba warto wspomnieć o pewnych elementach mogących zachęcić widzów, którzy zniechęcili się po wszystkich wymysłach (choć wciąż zaczerpniętych z komiksów) w postaci złowieszczej Dłoni i ratowania świata. W tym sezonie Matt Murdock wraca na miejskie ulice i właściwie zupełnie odcina się od wszystkiego, co nie jest z nią związane. Wydaje się wręcz, że scenarzyści starali się zapomnieć o jego poprzednich przygodach, bo o samej Elektrze Nachos padają tu może z dwa zdania. Fabuła kręci się wokół powrotu Willsona Fiska do roli władcy nowojorskiej zbrodni, którą tym razem pełni pod pozornie pełnym nadzorem władz federalnych. Ponownie Murdock i jego przyjaciele robią wszystko, co mogą, aby powstrzymać, ale geniusz zbrodni jest zawsze krok przed nimi. Brzmi jak lekka powtórka z rozrywki? To prawda, ale do tej sprawdzonej mieszanki dodano jeszcze kilka elementów w postaci nowych postaci. Jedną z nich jest Ray Nadeem – agent FBI, który nieświadomie służy jako narzędzie Fiska. To dość ciekawie poprowadzony charakter, ale nie umywa się do głównej atrakcji tego sezonu, czyli agenta Bena Pointedextera, który wzorowany jest na największym przeciwniku komiksowego Daredevila, czyli Bullseye’u. Nie wiem czemu twórcy nie zdecydowali się na oryginalnego Lestera, ale w tej wersji także dostajemy kompletnego szaleńca nie potrafiącego opanować swojego gniewu. Zresztą wściekłość to element wiodący tego sezonu – jest tu bardzo dużo ryków i jęków, co dla niektórych może okazać się męczące.

Daredevill sezon trzeci

Po raz kolejny jestem zaskoczony, jak bardzo Daredevil odstaje od reszty seriali Netflix/Marvel pod względem jakości produkcji. Zwłaszcza w porównaniu z Iron Fistem i Lukiem Cagem wszystko wydaje się po prostu lepiej zrobione, od gry aktorów (także tych drugoplanowych) po zdjęcia i choreografię walk. Te ostatnie ponownie prezentują się znakomicie. Właściwie przy każdym pojedynku czujemy cały wysiłek i determinację, które Murdock w nie wkłada. Ten sezon także doczekał się swojej bijatyki “w korytarzu” lub “na klatce schodowej”, czyli sekwencji udającej jedno długie ujęcie. I ponownie wyszło bardzo brutalnie i hipnotyzująco. Choć i tak najbardziej urzekły mnie pojedynki Daredevila z posiadającym idealną celność Bullseyem – to przeciwnik, w rękach którego każdy przedmiot zmienia się w broń, a twórcy nie szczędzili w tym aspekcie pomysłowości. To wszystko ogląda się po prostu znakomicie.

Daredevil oczywiście nadal nie jest serialem bez wad

Daredevil sezon 3

Daredevil swoim trzecim sezonem ponownie podbił moje serce, ale nie będę udawał, że wszystko mi się w nim podobało. Pojawia się tu klasyczny problem seriali koprodukcji Marvela i Netflixa, czyli za duża liczba odcinków. Gdyby zmniejszono ich liczbę z trzynastu do dziesięciu, to wszystko nabrałoby jeszcze lepszego tempa i mocy uderzenia. Zwłaszcza, że jako wypełnienie zostały użyte różnorakie rozmowy o życiu i śmierci, które czasami wręcz rażą swoim przerysowaniem. Jednak to tylko małe niedogodności, bo najważniejsze jest to, że obrońca Hell’s Kitchen znowu wrócił do grona  najlepszych seriali dostępnych w ofercie Netflixa.