The Dead Don’t Die to film, w którym ciekawy koncept przegrywa z pychą samego reżysera. Tym razem Jim Jarmusch trochę przesadził z swoimi typowymi zabiegami i stworzył żart, który bawi chyba głównie jego samego.

Wydaje mi się, że Jim Jarmusch jako twórca musicie mieć całkiem klawe życie, zwłaszcza na obecnym etapie swojej długiej kariery. Osiągnął już status zarezerwowany tylko dla wąskiej grupki najbardziej docenianych reżyserów w dziejach. I udało mu się to dzięki wiecznemu staniu w opozycji wobec tego, co krytycy i widownia wymagają od popularnego kina. Jego filmy powstają bardzo powoli, w liczbie trzech lub czterech na dekadę, a jednocześnie trudno oprzeć się wrażeniu, że historia kina jest nimi wypełniona po brzegi. Może to dlatego, że każdy jego tytuł odbija się sporym echem i jest wyczekiwany przez fanów. Nawet, a może dzięki temu, kiedy okazuje się, że brak kreatywnej kontroli potrafi zaprowadzić go na granicę kinowego snobizmu i megalomanii (niestrawne dla wielu Limits of Control). W większości przypadków trzeba byłoby uznać takiego twórcę za niezłego bubka, ale u Jarmuscha ta wieczna buta i pogarda do standardów są jednym z tych elementów, które tak mocno przyciągają do jego twórczości. Zwłaszcza kiedy bierze na swój warsztat konwencję mocno związaną z mainstreamową popkulturą. Tak było z połączeniem amerykańskiej fascynacji wschodnimi sztukami walki z hip-hopową modą w rewelacyjnym Ghost Dog: Droga Samuraja, czy zmianą opowieści o wampirach w rozwleczony, wypełniony marazmem romans w Tylko kochankowie przeżyją. Z tej perspektywy fakt, że mistrz kinowej nudy postanowił wziąć się za koszmarnie już wyeksploatowany temat zombie nie był zbyt zaskakujący, ale z całą pewnością rozpalił wyobraźnie kinomanów. Sam mocno wyczekiwałem, co siwogłowy reżyser ma do powiedzenia w temacie żywych trupów. Niestety okazuje się, że właściwie nic ciekawego. 

The Dead Don’t Die nie wnosi do tematu nic nowego

The dead don't die

The Dead Don’t Die, tak jak większość filmów Jarmuscha, to produkcja, której fabuły lepiej nie zdradzać, bo śledzenie jej dziwnych torów stanowi jedną z podstawowych atrakcji. Podstawy są doskonale znane każdemu, kto kiedykolwiek widział więcej niż jeden obraz o zombie: senne miasteczko, wszyscy się doskonale znają, policja służy właściwie jako symbol. Jednak wszystko się zmienia, kiedy w miasteczku nagle pojawiają się żywe trupy, a mieszkańcy muszą walczyć o swoje życie. Jednak potem podobieństwa zaczynają rozpadać się niczym tytułowi bohaterowie. Przy tworzeniu swojego najnowszego filmu Jarmusch został chyba opanowany przez dwa, całkiem znane mu grzechy – nieumiarkowanie i pychę. Pierwszy objawia się tym, że posunął się za daleko z elementami budującymi jego swoiste anty-kino. Czego tu nie ma: bohaterowie reagujący zupełnie nieadekwatnie (niesamowicie spokojnie) do zaistniałej sytuacji, mocno nienaturalne dialogi, wątki prowadzące donikąd lub ucinane wbrew wszelkim zasadom budowania dramaturgii, bezczelne łamanie czwartej ściany i nie mający większego sensu symbolizm wielu przedmiotów przewijających się na ekranie. Znający kino Jarmuscha pewnie zapytają: no ale, co w tym dziwnego? Przecież to stałe elementy jego filmów. Owszem, ale wydaje mi się, że zazwyczaj  samo to zagubienie prowadziło nas w bardzo ciekawe rejony i dawało radość z samego trwania w tym specyficznym stanie. Jednak tym razem widzowie zostają zapędzeni w szczere pole, a sama wycieczka okazuje się zupełnie pozbawiona emocji. 

The dead don't die

Czas wytłumaczyć drugi grzech, czyli pychę. W The Dead Don’t Die Jarmusch sięga po nie kojarzący się z nim zupełnie dydaktyzm i nawiązania do obecnych problemów. Inwazja zombie ewidentnie spowodowana jest niszczycielskim działaniem człowiek wobec przyrody, a same żywy trupy są bezpośrednią metaforą dla dzikiego konsumpcjonizmu. Należałoby się zastanowić, czy ta warstwa nie jest kolejnym żartem wyśmiewającym ambicje niektórych tworów popkultury. Mogłoby mieć to sens, jednak nie jestem w stanie kupić tego do końca.  Może dlatego, że taka antyrynkowa narracja pasuje do ogólnej postawy reprezentowanej przez Jarmuscha. I w tym momencie pojawia się właśnie ta pycha, bo mamy do czynienia z odkrywaniem Ameryki na nowo. W końcu sam ojciec popularności podgatunku, czyli George Romero, użył tego tropu ponad czterdzieści lat temu. Obecnie zombie są w popkulturze są przydzielane do takiej symboliki wręcz z automatu, więc właściwie co w tym wszystkim nowego? Ano właśnie, zupełnie nic.

the dead dont die

Obsada aktorska to najjaśniejszy punkt The Dead Don’d Die

Narzekam i narzekam, ale nie oznacza to oczywiście, że film nie posiada swoich plusów. W końcu Jarmusch nawet w swoich gorszych chwilach nie zawodzi przynajmniej na kilku płaszczyznach. W The Dead Don’t Die wrażenie robi gwiazdorska obsada aktorska, która doskonale czuje się w swoich rolach. Zwłaszcza, że większość obsady ma już doświadczenie z pracy z Jarmuschem: Adam Driver, Bill Murray, Tilda Swinton, Tom Waits czy Steve Buscemi i kilku innych sami w sobie wystarczą, aby czerpać z seansu pewną przyjemność. Do tego dochodzi bardzo przyjemny soundtrack i charakterystyczne, leniwe ujęcia pozwalające na powolne upajanie się obrazem. Tym większa szkoda, że wszystkie te elementy zostały wmontowane w tak rozczarowującą całość.

the dead don;t die

Z kinem Jarmuscha jest jak z tym kumplem, który lubi proponować głupie eskapady w środku imprez. Zgadzamy się na kolejny jego pomysł, bo może czasami nie wychodzi z nich nic ciekawego, ale kilka razy po drodze działy się niesamowite rzeczy. Jednak tym razem wracamy do punktu wyjścia zmęczeni i wkurzeni na siebie, bo od dawna mogliśmy już spać. Ale nie zmienia to tego, że przy następnej okazji pewnie znowu skorzystamy z podobnej propozycji. Bo szansa na to, że znowu będzie fajnie jest po prostu zbyt duża.