The Defenders zawodzi oczekiwania wobec pierwszego wspólnego występu bohaterów z seriali Marvel/Netflix. Zamiast spójnej i ciekawej wizji dostajemy twór, który do końca nie jest w stanie odnaleźć swojego indywidualnego stylu i rytmu.

Nigdy nie ukrywałem, że jestem wielkim fanem serialowego projektu będącego efektem współpracy Netflixa z Marvelem. Od samego początku, jeszcze pierwszych zapowiedzi Daredevila, kibicowałem temu pomysłowi z całego serca. Powód jest dość prosty – komiksy rozgrywające się na tak zwanym “street level” to chyba moje ulubione tytuły wydawane pod szyldem Marvela. Sam zamysł na cztery seriale, które mają się przeciąć w jednej miniserii też wydał się całkiem intrygujący. “Daredevila”  i Jessikę Jones uwielbiam, Luke Cage podobał mi się pomimo swoich wad, a dopiero Iron Fist zachwiał moją wiarę w adaptacje produkowane przez Netflixa. Po tym zawodzie nie miałem zbyt dużych oczekiwań wobec wspólnego występu czwórki ulicznych bohaterów – tak naprawdę oczekiwałem tylko, że wyjdzie z tego porządnie zrobiony akcyjniak z fajnym laniem się po pyskach. Problem leży w tym, że twórcy nie mieli pomysłu jak złożyć to wszystko w solidną całość.

Defenders i brak godnego wroga

Defenders szykują się do bójki

Wydawać się mogło, że skoro seria ma pokazać starcie bohaterów z zagrożeniem wymagającym ich współpracy i składać się z zaledwie ośmiu odcinków, to będą one niezwykle intensywne i wypełnione akcją po brzegi. Logicznym było też założenie, że jeśli ktoś sięga po taką produkcję, to raczej wie już o co biega w każdej części składowej – ewentualnie można przygotować dla niezaznajomionych specjalne filmiki streszczające dotychczasowe losy członków drużyny. Niestety, oba te aspekty rozwiązane zostały w bardzo irytujący sposób. Pierwsze dwa odcinki to strasznie chaotyczny spektakl, przeskakujący od jednego bohatera do drugiego. Pół biedy, gdyby wątki poszczególnych postaci rozwijały ich pozycję w świecie przedstawionym, ale tak naprawdę służą one tylko do zaznaczenia kim one są i w jakich nastrojach utrzymane są ich serie. Matt Murdock waha się, czy warto być Daredevilem, Jessica Jones pije i prowadzi śledztwo, Luke Cage wychodzi z więzienia, a Iron Fist szuka sposobu na walkę z Dłonią. I to wszystko, początek w żaden sposób nie rozwija postaci, tylko prowadzi je na siłę do spotkania w jednym miejscu. Same dialogi wypełnione są przekazywaniem informacji, o których widz powinien już wiedzieć. I w ten sposób mijają trzy z ośmiu odcinków. A dalej wcale nie jest lepiej, bo przecież bohaterowie drugoplanowi też muszą dostać swój czas ekranowy, który zabierany jest wątkowi głównemu. Jak na specyfikę gatunku, to seria jest potwornie przegadana.

Defenders i brak ich uzasadnienia

Defenders spotykają się po raz pierwszy

Problemy nie znikają jednak, kiedy obrońcy w końcu się spotykają i zaczynają ze sobą współpracować. Najbardziej boli to, że nie do końca udało się dobrze uzasadnić obecność Jessiki i Luke’a w drużynie. O ile Daredevil i Iron Fist walczyli wcześniej z Dłonią i The Defenders porusza wątki z ich solowych serii, to pozostała dwójka jest w niej, bo tego wymaga koncepcja stojąca za produkcją. Cały serial nie posuwa ich historii do przodu, chyba że liczymy naukę o magicznej sile współpracy i przyjaźni. Osobiście uderzyło mnie też to, że zbiorowy występ uświadamia różnice poziomu aktorów występujących w serialach Marvela. Niestety, Finn Jones i i Mike Colter nie mają nawet połowy ekranowej charyzmy Charliego Coxa i Krysten Ritter.

Defenders w windzie

Co jest jednym z moich ulubionych elementów produkcji Marvel/Netflix (pomijając nieszczęsnego Iron Fista)? Bardzo ciekawi przeciwnicy głównych bohaterów, którymi kierowało coś więcej niż tylko bycie złymi typkami. Wilson Fisk pragnął naprawić Nowy Jork za sprawą brutalnej siły, Killgrave był egocentrycznym socjopatą uzależnionym od kontroli, a Cottonmouth chciał przywrócić chwałę dawnego Harlemu. Owszem, ostatecznie sprowadzało się to do podobnych schematów, ale przynajmniej dostawaliśmy ciekawe postaci, które mogliśmy zrozumieć. I co ważniejsze, oni wszyscy trzymali się ulicznego poziomu “zaawansowania”, a walka z nimi sprowadzała się do obrony dość małego terytorium miasta. Co pod tym względem dają nam The Defenders? Bandę magicznych dziadów i bab, których planem jest wykopanie magicznej substancji dającej im nieśmiertelność. Ich rzekoma potęga, polityczne i biznesowe konotacje sprowadzają się do tego, że wszędzie pojawiają się sami, piorą się z bohaterami i równie szybko znikają. Nie ma w tym żadnej subtelności i pomyślunku. Wprowadza to strasznie irytującą chaotyczność i sprawia wrażenie napisanego przez trzynastolatka. Najgorzej wypada ich przywódczyni Alexandra grana przez  Sigourney Weaver. Na takie marnowanie potencjału aktorskiego powinien być jakiś paragraf.

Defenders jest po prostu nijakie

Defenders próbują być cool

Nie jest jednak tak, że The Defenders to serial tragiczny, on jest po prostu nijaki. Oglądało mi się go raczej bez bólu, nie jest to poziom dna “Iron Fista”, głównie dzięki możliwości ponownego spotkania Murdocka i Jones, ale nie wywołał on u mnie prawie żadnych emocji. To po prostu etap przejściowy, który musiał nastąpić w planie stojącym za całym tym serialowym uniwersum. Ludzie oglądający wszystkie serie obejrzą go na pewno, ale jeśli ktoś, na przykład, tylko Jessikę Jones to będzie zdezorientowany i zirytowany panującym chaosem. Najbardziej boli to, że cały czas widać tkwiący w tym pomyśle potencjał, który został najzwyczajniej na świecie zmarnowany. Na kolejnego Daredevila i Jessikę Jones nadal czekam z przyjemną niecierpliwością.