Swoją najnowszą produkcją Disney udowadnia, że w kinie superbohaterskim nadal można pokazać coś świeżego i oryginalnego. “Doktor Strange” to świetnie zrealizowana i opowiedziana magiczna przygoda, która zabiera nas w podróż w najdziwniejsze rejony uniwersum Marvela.

Nie ukrywam, że filmy z uniwersum Marvela, jakiś czas temu zaczęły mnie męczyć. Najlepszym określeniem jakie znajduje jest przesyt – za dużo wspólnych wątków, za duże nagromadzenie postaci i za dużo efektów polegających na coraz większych wybuchach i laserach. Poza tym niektórzy bohaterowie zaczynają się po prostu nudzić – szósty film z Iron Manem, piąty z Kapitanem Ameryką – trudno o nich powiedzieć coś nowego. Już od jakiegoś czasu potrzebowałem powiewu świeżości w stylu “Strażników Galaktyki”, którzy pokazali, że w tym uniwersum są jeszcze niezbadane zakątki. Dlatego też z niecierpliwością oczekiwałem właśnie na “Doktora Strange’a”, czyli film mający nam zaprezentować magiczno-mistyczne oblicze Marvela. To najbardziej kwaśne, nieprzewidywalne i psychodeliczne. I muszę przyznać, że zupełnie się nie zawiodłem.

doktor-dusza

Nie będę próbował udowadniać, że historia przedstawiona w filmie jest w jakiś sposób odkrywcza lub zaskakująca. To stary, dobrze sprawdzony schemat, który został podany w odmiennej otoczce. Pierwsza część filmu to origin postaci, w którym poznajemy Stephena Strange’a jako światowej sławy neurochiruga nieustannie goniącego za sukcesem. Wypadek samochodowy sprawia, że traci sprawność w rękach, po czym obsesyjnie szuka sposobu na wyleczenie. To zaprowadza go do mistycznego zakonu, w którym poznaje dowody na istnienie rzeczywistości wcześniej wykluczanej przez jego racjonalny umysł. Zaczyna się szkolenie, pojawia się zagrożenie ze strony zbuntowanego mistrza magii i nadchodzi nieuchronna konfrontacja. Właściwie nie odbiega to od wcześniejszych marvelowskich historii i można uznać, że po prostu tym razem zastąpiona technologię magicznymi sztuczkami. Więc gdzie podziewa się ta wcześniej podkreślona świeżość?

doktor-incepcja

Może wydawać się. że powyższy akapit miał na celu krytykę filmu, ale jest wręcz przeciwnie. Kinowe uniwersum Marvela opanowało ten schemat do perfekcji i ponownie sprawdza się on bardzo dobrze. Historia wciąga momentalnie, ma odpowiednio rozpisane akcenty, sporo humoru (dla niektórych nawet za dużo) i ciekawie rozpisane postaci. Oczywiście wielka w tym zasługa ekipy aktorskiej, która została znakomicie dobrana. Cumberbatch wydaje się po prostu stworzony do roli Strange’a i wypada w niej bardzo naturalnie. Udało mu się nawet uniknąć kopiowania Sherlocka Holmesa, o co obawiało się wiele osób. Świetnie wypada także ekipa wspomagająca w postaci Tildy Swinton, Chiwetela Ejiofora, Rachel McAdams i Benedicta Wonga. Szkoda tylko Madsa Mikkelsena, który nie miał się zbytnio jak wykazać wcielając się w czarny charaktery, bo ten już klasycznie jest po prostu nijaki. Ta sprawdzona mieszanina sprawia, że ponownie dostajemy film, który ogląda się wybornie. Dodatkowym plusem jest dla mnie tym razem finałowa konfrontacja, która wreszcznie nie polega na tym, kto pierdolnie większym laserem, a opiera się na sprycie głównego bohatera. To coś bardziej w stylu “Doctora Who” niż wcześniejszego MCU.

strange

Ja tu pitu pitu o fabule i innych aspektach, ale nie będę oszukiwał, że najbardziej olśniewająca w tym wszystkim jest warstwa wizualna. Kino rozrywkowe od lat serwuje nam takie efekty specjalne, że powoli zaczynają się nam wszystkim nudzić. Twórcy doskonale to zrozumieli i tym razem oferują nam coś naprawdę nowego. Zapomnijcie o wybuchach i jeszcze większych wybuchach, a przygotujcie się na wielką zabawę percepcją. Widoczne w trailerze zmiany otoczenia ala “Incepcja”, to tylko przedsmak tego, co zostało dla Was przygotowane. Szkoda choć trochę zdradzać najfajniejsze z efektów, więc powiem tylko tyle, że to naprawdę kwaśna i psychodeliczna jazda bez trzymanki, która oddaje klimaty komiksów o Strange’e z lat siedemdziesiątych. Jego ówcześni twórcy wspomagali proces kreatywny różnymi substancjami psychoaktywnymi i trudno oprzeć się wrażeniu, że część filmowców też po nie chętnie sięgnęła.

stramge-mads

“Doktor Strange” to niezwykle udane nowe rozdanie w ciągnącej się od prawie 10 lat filmowej sadze Marvela. Między innymi dlatego, że świetnie sprawdza się jako osobna produkcja, która przypadnie do gustu nawet zupełnym laikom w temacie. To kolejna bardzo ważna dla uniwersum postać, która może stać się jego nową ostoją, tak jak kiedyś wyeksploatowany już Tony Stark. Najważniejsze jednak jest to, że potrafi wzbudzić dziecięcą podjarkę w takich narzekających smutasach, jak ja. Ta magia jednak nadal działa.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

You may use these HTML tags and attributes:

<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>