Tym razem uznany pisarz porusza takie tematy jak niemożność działania, występy publiczne i przybliża nam prozę Wiktora Prowiejewa.

                                                                                                     29 marca

Od dwóch dni jestem kompletnie rozpieprzony. To ten stan, w którym nie mogę zabrać się za nich konstruktywnego, ani skupić się na niczym dłużej niż dwie minuty, więc nawet nie nadrobię zaległości w kwestii ukulturalniania się. Raczej będę się oszukiwał, że czegoś szukam i skończę na kilkugodzinnym odświeżaniu Facebooka i skrzynki mailowej. W niedzielę było jeszcze całkiem w porządku, wstałem wcześnie i wybrałem się na pielgrzymkę do domu rodzinnego. Znacie ten standard, kuchnia matczyna prosta, ale dobra, rozmowy trochę krępujące, bo wszystkiego nie możesz powiedzieć, ale w ogólnym rozrachunku jest bardzo miło. Tyle że potem w telewizorni zaczęli lecieć “Sami swoi”. Nienawidzę tych starych polskich komedii, zupełnie mnie nie śmieszą, ale nie mogę tego powiedzieć w domu na głos, bo w Polsce łatwiej przyznać się do bycia gejem niż do pogardy Kargulami i Pawlakami. Wydaje mi się, że ta niedziela była zbyt przyjemna i trochę mnie przez to oszukała. Wiecie jak to jest z początkami wiosny, zmęczony zimą człowiek podnieca się na każdy objaw jej odejścia. Przychodzi trochę słońca i jest radość, że zaraz wszystko zacznie kwitnąć i się odradzać. Stoi sobie taki rozprostowany i z wyciągniętymi ramionami, gotów na wchłonięcie życiodajnej energii. A tu nagle okazuje się, że zima nie powiedziała ostatniego słowa i wymierza kopa prosto w krocze. Ja tak właśnie dostałem i leżę sobie od dwóch dni skulony w oczekiwaniu na jakiś sygnał ze świata zewnętrznego, który mnie znowu postawi na nogi. Dobrze, że mam jeszcze pieniądze, bo inaczej musiałbym się o nie martwić, co nigdy nie jest za dobrą motywacją do twórczego działania.

                                                                                                 30 marca

Jak to zwykle bywa o tej porze roku, karuzela samopoczuciowa. Wczoraj była tragedia, a dzisiaj wstałem rano i rześki zabrałem się do zaległych spraw. No i oczywiście słońce za oknem. Do tego zadzwoniła jakaś babka z telewizji i zaproponowała wystąpienie w sobotnim programie śniadaniowym. Niektórym pewnie się zdaje, że jako artysta z gatunku zbuntowanych powinienem gardzić tego typu wydarzeniami, ale nic z tych rzeczy. Po pierwsze, nie ma się co oszukiwać, za coś jeść trzeba, a telewizja to nadal doskonały pieniądz, zwłaszcza za siedzenie i mądrzenie się. Po drugie, to zawsze okazja na podbudowanie sobie samooceny, głównie za sprawą innych gości. Opcje są dwie – albo zapraszają razem z Tobą jakieś mimozy/kretynów i wtedy możesz poczuć się lepiej, bo dobrze wypadasz w takim zestawieniu. Albo pojawia się także ktoś, kogo szanujesz i wtedy jest miło, bo dobrze się znaleźć w takim towarzystwie. A jak jeszcze ta druga osoba myśli tak samo to już w ogóle następuje wzajemne mizianie. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że nie wypada ze współmiziaczem wyjść sobie na kielonka, bo jest południe. Wszystko to jest bardzo przyziemne, ale metafizyka też musi się wybrać czasami na odpoczynek.

                                                                                               31 marca

W momencie śmierci Wołodia jeszcze raz pomyślał o wszystkich zmarnowanych okazjach w życiu. O tych nieudanych romansach, przegapionych przygodach i niezyskanych fortunach. Przy ostatnim oddechu poczuł niesamowite zdziwienie, bo zupełnie ich nie żałował.

Tak się kończy ostatnie opowiadanie ze zbioru “Upadek muzeum codzienności” Wiktora Prowiejewa. Rosysjki pisarz (mieszkający w Rosji zaledwie przez dziesięć la dzieciństwa) wyspecjalizował się w opisywaniu postaci nijakich i pozbawionych werwy, które nigdy nie są w stanie skorzystać z tego, co daje im los. Brzmi to strasznie nudno, ale w tym właśnie tkwi geniusz Prowiejewa, bo są to opowieści fascynujące. Ciekawe jest to, że sam autor miał życie nad wyraz barwne. Kilkukrotnie żonaty, podróżował, imał się różnych zawodów i przesiadał dwa lata w peruwiańskim pierdlu. Pewnie dlatego tyle w jego pisarstwie pochwał zwyczajnego i spokojnego życia, bo sam za nim tęsknił. Choć nigdy nie zdawał się nudzić. Wspominam o nim, bo sam od jakiegoś czasu planuję porwać się opowiadanie ala Prowiejew. Tylko, że pisanie o banalności codzienności tylko pozornie jest proste. Zbieranie materiału źródłowego nie należy do fascynujących zajęć. Jakieś dwa miesiące temu przejechałem w tym celu cały dzień tramwajem i nic z tego nie wyniosłem, bo wszystkie twarze zlały mi się w jedno. Coś czuję, że przydałaby mi się jakaś duża przygoda. Mógłbym po niej wrócić do spokoju i perfidnie to wykorzystać

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

You may use these HTML tags and attributes:

<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>