Szukacie filmów, które wyleczą Was z jesiennej chandry, ale boicie się, że traficie na banalne pocieszacze? Filmowa superdrużyna przedstawia Wam listę produkcji, które rozgrzeją Wasze serca w często nieoczekiwany sposób. 

Witam w pierwszej edycji nowego cyklu Filmowa superdrużyna. Jego celem jest zebranie grupy speców od kina, którzy opisują jeden lub dwa filmy na zaproponowany przeze mnie temat. Już teraz udało się zebrać dość zacne grono, a w planach jest rozszerzanie go przy każdym następnym odcinku. Na start poprosiłem swoich gości o opisanie tak zwanych “Feel good movies”, czyli filmów mających na celu poprawę nastroju widza. Każdy mógł wybrać w ramach tego hasła dowolną produkcję, najlepiej unikając banalnych przykładów, dzięki czemu przynajmniej kilka z nich pewnie Was zaskoczy.

AdventurelandAdventureland

Szymon Pietrzak “Filmawka“: 

Greg Mottola to człowiek w swoim fachu niemal wybitny – reżyser jednych z najciekawszych odcinków pierwszego sezonu Arrested Development i kultowej już dziś komedii o nastolatkach, czyli Supersamca. W tej ostatniej wyróżnia się nie tylko wzbijający się na wyżyny swojego talentu komediowego Michael Cera, ale przede wszystkim pojawienie się postaci McLovina – ikony przegrywa-cwaniaka, do której nawet Lil Pump nawiązuje w utworach. Supersamiec to jego flagowe dzieło, ale Mottola stworzył coś jeszcze lepszego niż zabawną komedię o wychodzących z liceum prawiczkach. Adventureland to dojrzały komediodramat o chłopaku marzącym o studiach w Nowym Jorku, którego sytuacja finansowa zmusza do przepracowania pierw całych wakacji w lokalnym wesołym miasteczku za najniższą stawkę. Dość niespodziewanie w nowej pracy poznaję przyjaciół, a jeszcze mniej spodziewanie – jedną jedyną, wybrankę swojego serca. Szczególną uwagę warto zwrócić na to, że główną rolę gra tu Jesse Eisenberg – na rok przed tym jak został Markiem Zuckerbergiem u Finchera i jego twarz stała się naprawdę rozpoznawalna. Jego miłość gra natomiast Kirsten Stewart, i to w zupełnie odwrotnym kontekście, mianowicie dla niej to pierwsza produkcja, w której zagrała zaraz po jej najbardziej znanej kreacji, czyli głównej bohaterki Zmierzchu. I tu naprawdę zasługuje na wybaczenie jej tego kiepskiego epizodu z wampirami.

Adventureland

Sam Adventureland staje się pierw symbolem złowieszczego wujka Sama – migające światła i neony, oraz grający w tle bez przerwy Austropop (podbijający wtedy szczyty list przebojów Amadeus w wykonaniu Falco jest najwyraźniej dla reżysera niemalże symbolem końcówki lat 80’ w Ameryce) to tylko błyszcząca fasada, przykrywająca niesamowicie wiele brudów. O Mottoli mówi się bowiem, że tworzy w swoich produkcjach przede wszystkim niepowtarzalny klimat – umieszczenie akcji filmu w parku rozrywki zdaje się wynosić kwestię atmosfery na zupełnie inny poziom. Wchodzimy tu w sprawy, o których nie mówi się na co dzień – w kinie wątek wesołego miasteczka niejednokrotnie wywoływał dziwne, nieswojskie poczucie. Mając te uczucia łatwiej jest przenieść widza w świat przedstawiony – jeśli więc opowiadać o ludziach, których tłamsi samotność, problemy z własną tożsamością, oraz ogólna beznadzieja, to nie widzę lepszego miejsca niż Adventureland na amerykańskiej prowincji. Ale Mottola to przede wszystkim człowiek pełen empatii – pozwala przejść w swoim filmie długą wakacyjną przygodę wszystkim postaciom, tak żeby na koniec z miejsca pełnego beznadziei, uczynić piękny pokaz fajerwerków. Nic bowiem nie będzie dla nikogo takie samo po wydarzeniach tamtego lata – ale miłość się obroni. Przynajmniej dla niektórych.

Czas na miłość

Czas na miłość

Jan Sławiński “Anonimowy Grzybiarz

Miejmy to z głowy: każdy z nas czasem lubi obejrzeć komedię romantyczną i wprost kocha szczęśliwe zakończenia. Jasne, większość romkomów to słodkie do porzygu, absolutnie nierealne z punktu widzenia fabularnej wiarygodności, a do tego źle zagrane i zbudowane na wytartych schematach produkcje, które lepiej omijać szerokim łukiem. Warto jednak przyjrzeć się bliżej twórczości Richarda Curtisa, autora popularnych, zwłaszcza wśród pań, przygód Bridget Jones (a przynajmniej ich filmowych adaptacji) oraz kultowego również u nas Love Actually, którego popularność przyczyniła się do realizacji polskiego formatu (trylogia Listy do M.). Poza wyżej wspomnianymi tytułami Curtis tworzył również scenariusze do przygód Czarnej Żmii i Doctora Who, a doświadczenie w pisaniu zarówno komedii romantycznych, jak i science-fiction wykorzystał przy pracy nad filmem Czas na miłość.

Czas na miłość

Na pierwszy rzut oka Czas na miłość to romkom jakich wiele. Tim wkrótce skończy 21 lat, choć ma wspaniałą rodzinę to niezbyt dobrze radzi sobie z dziewczynami, a cykliczne imprezy w rodzaju hucznie obchodzonego Sylwestra są dla niego prawdziwą katorgą. Życie nieśmiałego młodzieńca ulega zmianie, gdy okazuje się, że może podróżować w czasie. Lekkie pióro Curtisa,  poczucie humoru i elegancja obracają wytarte schematy na korzyść filmu, a szczypta sci-fi ożywia skostniałą formułę. Całość uszlachetniają pełne uroku role Domhnalla Gleesona i Rachel McAdams oraz błyszczący na drugim planie Bill Nighy. Sam pomysł, by za pomocą podróży w czasie nauczyć się żyć w harmonii z wybranką serca to niegłupie romantyczne marzenie, które mocno działa na wyobraźnię. Przesłodzone, ckliwe i momentami naiwne, ale jednocześnie wstydliwie ujmujące – tak, jak to tylko z marzeniami bywa.

Człowiek z bieguna

Człowiek z bieguna

Szymon Pietrzak “Filmawka“:

Cameron (Mark Ruffalo) cierpi na tak zwaną „dwubiegunówkę”, która polega na tym, że jego stany depresyjne pojawiają się na zmianę ze stanami silnego pobudzenia. Film, zainspirowany swoją drogą prawdziwą historią, opowiada o wydarzeniach z życia Cama tuż po jego załamaniu nerwowym, przez które stracił pracę i musiał na pewien czas trafić pod opiekę lekarzy. Sytuacja jest o tyle skomplikowana, że Cameron wychowuje dwójkę dzieci, wraz ze swoją żoną Maggie, która, żeby móc utrzymać rodzinę, postanawia wyprowadzić się od Cama i poszukać pracy. Wyobraźcie sobie więc sytuację samotnej, czarnoskórej kobiety bez wykształcenia we wczesnych latach 80’ w Ameryce – dzieci nie tylko mieszkają w najgorszej dzielnicy miasta, ale też muszą uczęszczać do najgorszego typu szkół. Na szczęście, Maggie zbiera całą swoją energię i postanawia zaryzykować – po tym jak dostaje stypendium, żeby móc zdobyć wykształcenie wyższe w Nowym Jorku, prosi Camerona o opiekę nad dziećmi. Tak rozpoczyna się osiemnaście miesięcy wielkiej próby dla całej rodziny.

Film Mai Forbes porusza się w tym aspekcie bardzo zrównoważenie – czuć prawdziwe tarcie między dziećmi, a rodzicami, emocjonalne wybuchy, fochy, dogadywanie się i w końcu wzajemne wsparcie w dążeniu do lepszego jutra. Tu nie ma się tego wrażenia, że sukces przyszedł bez większego wysiłku, pozostawiając za sobą fabularne luki – bo to właśnie proces zdobywania wzajemnego zaufania gra tutaj pierwsze skrzypce – i to w bardzo uniwersalny sposób, mimo iż pewnych problemów stwarzanych przez bipolarną osobę nie da się odnaleźć w naszym życiu rodzinnym, to jednak chęć zmiany i wyrozumiałość zdobywa tutaj znaczenie nawet bez kontekstu. I nie dajcie się zwieść – to nie jest kolejna historyjka w pogoni za szczęściem, a poważna wiwisekcja relacji rodzinnych, wystawionych na najcięższą z prób.

Fisher King

Fisher King

Kajetan Kusina “Kusi na Kulturę”:

Chyba nikt nie spodziewał się, że katastrofa finansowa w postaci Przygód Barona Munchausena tak naprawdę okaże się najlepszą rzeczą, jaka mogła przytrafić się filmowej karierze Terry’ego Gilliama. Producenci zrozumieli, że ten wyjątkowy twórca musi mieć nad sobą jakiś bat, bo inaczej jego wyobraźnia szybko wymyka się spod jakiejkolwiek kontroli. Jedną z podjętych taktyk było nakłonienie go do nakręcania filmu na podstawie scenariusza napisanego kogoś innego. W ten sposób w 1991 roku narodził się Fisher King – najbardziej humanitarny i przyswajalny dla przeciętnego widza film w dorobku niepokornego reżysera. Choć jednocześnie nie został on pozbawiony typowych dla niego pochwał dla wyobraźni, ludzkiego szaleństwa oraz prób życia poza przyjętym przez społeczeństwo systemem.

Fisher King

Głównym bohaterem Fisher Kinga jest Jack Lucas, do niedawna popularny prezenter radiowy, którego znakiem rozpoznawczym było chamstwo wobec dzwoniących słuchaczy. Pech chciał, że w ten sposób przez przypadek zmotywował człowieka odpowiedzialnego za zastrzelenie przypadkowych ludzi siedzących w kawiarni. Obecnie Jack mieszka nad wypożyczalnią kaset video, z której właścicielką sypia. Czas mija mu głównie na zalewaniu się w trupa i właśnie w czasie jednej z pijackich eskapad zostaje napadnięty przez grupę chuliganów. Ratuje go Parry – bezdomny z Central Parku, który uważa się za rycerza poszukującego Świętego Gralla. Między dwoma mężczyznami rodzi się specyficzna przyjaźń pomagająca na nowo odnaleźć zagubione cele w życiu. Fisher King w kategorii feel good movie wyróżnia się tym, że wcale nie próbuje pokazywać świata w różowych okularach. Historia Lucasa i Parry’ego pełna jest momentów tragicznych, zwłaszcza ten drugi wydaje się stracony dla świata na zawsze. Jednak właśnie dlatego jest to film, z którego bije prawdziwe ciepło. Wydaje się wręcz, że Gilliam chce nam powiedzieć “Tak, życie potrafi być naprawdę gówniane, ale skoro jeśli nawet oni mogą znaleźć w nim szczęście, to może uda się to nam wszystkim?”.

Powrót do marzeń

Powrót do marzeń

Irena Kołtun “Blurby z celuloidu” :

Feel good movie nie musi być komedią. Jego fabuła nie ma obowiązku kręcić się wokół prostych i przyjemnych spraw. Bohaterowie nie są zobligowani do bycia jednoznacznymi, nie muszą być prości w odbiorze, ani natychmiast zaskarbiać sobie sympatii widza. Bezsprzecznie jednak feel good movie musi przynieść widzowi nadzieję. I takim filmem jest animowany Powrót do marzeń od Studia Ghibli. Zmarły w tym roku Isao Takahata w każdej ze swoich prac, tak różnych od siebie gatunkowo i tematycznie, wykazywał głęboką wrażliwość; z uwagą pochylał się nad najdrobniejszymi i najpowszechniejszymi poruszeniami wnętrza człowieka. W Powrocie do marzeń jest nim proces dokonywania zmian w dorosłym życiu. Taeko, 27-letnia pracownica dużej firmy, wyjeżdża na wakacje połączone z pracą sezonową przy tworzeniu naturalnych barwników do tkanin do rodziny szwagra na wieś. W trakcie jazdy pociągiem bez szczególnej przyczyny opanowują ją wspomnienia z dzieciństwa, które rozpoczną w Taeko przewartościowanie dotychczasowego życia.

powrót do marzeń

To, że Powrót do marzeń odwołuje się do dzieciństwa nie oznacza, że nurza się w słodkiej nostalgii. Przeciwnie, Taeko błądząc po swojej przeszłości natyka się także na wspomnienia  przykre i bolesne. Każde z nich jednak, pozytywne i negatywne, pozwala kobiecie lepiej poznać siebie, swoje uczucia i pragnienia. Decyzje, jakie zostaną przez nią podjęte są rozpatrywane jako proces, który potrzebuje czasu i cierpliwości. Przy tym Taeko – choć koniec końców wybór jakiego dokonuje będzie miał wręcz rewolucyjne konsekwencje – nie stawia wszystkiego do góry nogami, raczej przywraca ład swojemu życiu. Patrząc na to ma się wrażenie, jakby ktoś położył ci rękę na ramieniu i powiedział: „Czas jest od tego, żeby go czemuś spokojnie poświęcać; czas zmarnowany nie istnieje; masz dokładnie tyle czasu, ile potrzebujesz”. Widz nie dowiaduje się, czy decyzja Taeko przyniosła spodziewane owoce, bo Powrót do marzeń kończy się w momencie jej podjęcia. Może jednak spokojnie uwierzyć, że tak się stanie. Obserwował bowiem, jak kobieta cierpliwie i bez napięcia płynęła przez swoją przeszłość, odnosiła ją do teraźniejszości i odkopywała w sobie to, co autentyczne. Poczucie nadziei, wiary w przyszłość i pogodzenia z przeszłością, jakie niesie ze sobą dzieło Takahaty trwa w odbiorcy nie tylko w trakcie seansu, ale jeszcze długo po jego zakończeniu.

Sekretarka

sekretarka

Bartek Przybyszewski “Liczne rany kłute“:

Wiele osób określenie „feel-good movie” kojarzy od razu z komedią romantyczną. Nic dziwnego – bo co może wprawiać w lepsze samopoczucie, niż oglądanie pięknych i błyskotliwych, ale samotnych ludzi, którzy na koniec znajdują sobie równie piękne i błyskotliwe drugie połówki? Teoretycznie Sekretarka Stevena Shainberga wpisuje się w tę konwencję. Na pierwszym planie mamy piękną Maggie Gyllenhaal i przystojnego Jamesa Spadera. Mamy też tradycyjne elementy romkomu: figurę odrzuconego absztyfikanta czy kryzys związku w okolicach trzeciego aktu. Ale poskrobmy trochę ten lakier.

Sekretarka

Bo wyżej wspomniana główna bohaterka na samym początku wraca do toksycznego domu ze szpitala psychiatrycznego. Lee ma skłonność do autoagresji, jest cicha, nieśmiała, nieufna. Z kolei E. Edward Grey [sic!] to bogacz, ale nie narcystyczny czy playboyowaty. To samotny ekscentryk, który odstrasza każdego, kto się do niego zbliży. Mamy więc dwie osoby z problemami. Bohaterów, których samotność wynika z „wewnętrznego bałaganu”, a nie z rozstania, wyboru czy wybredności. Osoby pozbawione charyzmy czy poczucia humoru przeciętnej postaci granej przez Hugh Granta, za to pełne lęków i zaburzeń. I co z nimi robi Sekretarka? Po pierwsze: z szacunkiem podchodzi do ich problemów. Co nie jest znowu takie częste – amerykańskie kino ma bogate tradycje straszenia „świrami”. A po drugie: fantastycznie ukazuje BDSM-ową relację, która się między nimi rodzi. Film jest bardzo odważny i podniecający, ale zarazem unika pornografii czy taniej wulgarności. Fetysze ukazane zostały z przymrużeniem oka, ale bez kinkshamingu. Sekretarka nie celebruje sadomasochizmu tak groteskowo jak 50 twarzy Greya, zamiast tego pokazuje go jako szalenie satysfakcjonującą zabawę, możliwość ucieczki i przepracowania pewnych problemów.

Centralnym tematem filmu Shainberga jest ból. Związek Lee i Edwarda rodzi się w bólu, ale i poprzez ból. A „problem” z masochizmem przestaje być problemem, kiedy okazuje się, że ból można skonwencjonalizować i pozwolić go zadawać osobie, którą się kocha. Sekretarka pokazuje trudnych bohaterów, ale szanuje ich wybory i zachowania. I dlatego wlewa tyle ciepła w serce widza. „Niezależnie od bałaganu w Twoim życiu, zawsze masz prawo do szczęścia” – mówi na sam koniec. Ciężko o bardziej optymistyczne przesłanie. Feel good, man.

 

Szklana pułapka 

Szklana pułapka
Radosław Pisula “Full Frontal Pisula”:
Tytuł, który rekreacyjnie potrafię wcinać na poprawę humoru. Bo niby stawka jest tu poważna, mamy pojedynek z terrorystami i grad kul, ale to też – a może przede wszystkim – pokazówka, że nawet jak znajdziemy się w złym miejscu i czasie, to i tak możemy się z kłopotów wykaraskać, jeśli tylko umiejętnie rozporządzamy umiejętnościami i bardzo chcemy to zrobić. A dodatkowo to piękna opowieść o miłości – takiej życiowej, bo podszytej problemami codzienności, gdy chłop troszkę za mocno utknie w swojej głowie (ale cały czas szczerze kocha). Zawsze mi lepiej, jak ten prosty chłopak z Nowego Jorku robi porządek z grupą złoli i przechytrza cwaniaka Grubera. Taka Narzeczona dla księcia, tylko więcej tutaj potu i mięsa. Ryło się cieszy.