Filmowa superdrużyna zebrała się tym razem, aby zasiać w Was niepokój. Oto kilka filmów sprawiających, że przez jakiś czas nie będziecie mogli pozbyć się wrażenia dziwności otaczającego Was świata.

Bobby Yeahbobby yeah

Bartek Przybyszewski “Liczne rany kłute”

Najdłuższy i chyba najlepszy film Roberta Morgana, brytyjskiego animatora, który między 20 i 40 rokiem życia zdążył zrobić osiem krótkometrażówek, z których część można w jakości HD obejrzeć na jego youtube’owym kanale. Morgan zamilkł po czterdziestce – mam nadzieję, że tylko dlatego, że pracuje nad nowym projektem. Bobby Yeah to obleśna i ociekająca najprzeróżniejszymi wydzielinami animacja poklatkowa, w której dziwna istota o zastygniętej w zaniepokojonym grymasie twarzy ściera się z jeszcze dziwniejszymi siłami, których nie rozumie ani ona, ani widz.Nie spodziewajcie się prostej, tradycyjnie ustrukturalizowanej historii. Zamiast tego przygotujcie się na serię przepięknie zanimowanych, ohydnych i otwartych na interpretacje wizji. Bobby’ego Yeah  powinni obejrzeć wszyscy ci, którzy lubią oglądać filmy Cronenberga, serię Wiklinowy koszyk, wystawy sklepów mięsnych i falliczne kształty w nieoczekiwanych miejscach.

Dom

hausu

Radosław Pisula “Full Frontal Pisula” 

To taki horror, oczywiście japoński, o którym powinno się jak najmniej mówić, a jak najwięcej oglądać, bo absolutnie każda scena jest tutaj skrajnym uderzeniem niepokoju – i można się uśmiechnąć, jasne, ale częściej chce się uciec sprzed ekranu. Ale nie można, bo seans hipnotyzuje. I w sumie ciężko nawet wytłumaczyć, co tam się odwaliło – Dom to wariacja na temat klasycznej fabuły z nawiedzonym domem, tylko bohaterkami są tutaj nieletnie uczennice, które trafiają praktycznie do piekła zrodzonego z gatunkowych tropów, hektokartonów LSD, pop-artu, fortepianów zjadających ludzi, animowanych kotów, wiader krwi, odciętych głów gryzących ludzi w tyłki, wiedźm i ogólnie wszystkiego tego, czego się nie spodziewacie. Idźcie zobaczyć, no już.

Funny Games 
funny games

Szymon Pietrzak “Filmawka

Uwaga – ten tekst zawiera spory spoiler narracyjny.

Kino Michaela Hanekego ma z niepokojem tak wiele wspólnego, że praktycznie mogłoby znaleźć się w słowniku pod jego hasłem. Najbardziej znamiennym przykładem jest Funny Games — film, którego oglądanie ma przypominać seans z bólem zęba i być niewygodne niczym kamień w bucie. Reżyser umieścił prostą historię o uwięzionej rodzinie w ramy swojego ulubionego „antykina”. Kina, które wręcz zachęca widza do opuszczenia sali kinowej. Co zaskakujące, film nie pokazuje praktycznie żadnych brutalnych scen, a mimo to uchodzi za okrutny. Przemoc fizyczna ma w nim miejsce zazwyczaj poza obiektywem kamery, więc o wiele częściej działa tu jedynie wyobraźnia widza. Prawdziwa walka toczy się jednak nie na ekranie, a w głowie każdego z nas – nieporadność głównych bohaterów i przejęcie inicjatywy przez oprawców sprawiają, że ciężko kibicować ofiarom. Kiedy reżyser łamie czwartą ścianę, daje do zrozumienia jak bardzo się z nami zabawił. To najbardziej przerażający moment filmu – pokazuje bowiem drogę naszych decyzji, gdzie z pozycji widza w kinowym fotelu decydujemy kto powinien zginąć. I jest to najbardziej mroczna świadomość – tego, że potrafimy zupełnie nieświadomie dać się manipulować i naciągać naszą moralność. Pod koniec stajemy się więc oprawcami w równym stopniu co pokazani na ekranie psychopaci.  Film został nakręcony dwukrotnie, w 1997 roku w Austrii i dziesięć lat później w USA. Jako, że obie wersje stworzył Haneke, nie różnią się one praktycznie niczym poza aktorami. Choć wersja oryginalna jest troszeczkę bardziej “surowa”, a amerykańska bardziej “sterylna” i koniec końców przy wyborze jednej z nich wskazałbym na austriacką.

 

Jan Sławiński “Anonimowy Grzybiarz”

W Funny Games Michael Haneke ucieka od dosłowności. Sceny tortur osadza poza kadrem, najbrutalniejsze momenty filmu pozostawia wyobraźni widza. Chłodny, wykalkulowany styl narracji wzmacnia poczucie niepokoju i dyskomfortu towarzyszące seansowi, z każdą chwilą potęgując podskórnie odczuwaną grozę. Austriacki reżyser igra z oczekiwaniami widza, wykrzywia ramy thrillera, przełamuje czwartą ścianę, pozwala bohaterom na bezpośrednie spojrzenie w kamerę. Intencjonalnie podważa prawdziwość filmowej fikcji i bawi się materią samego filmu. Postmodernistyczny i metafikcyjny charakter Funny Games stawia barierę między widzem a oglądanymi na ekranie wydarzeniami, w które trudno się emocjonalnie zaangażować. „Wycieczka inferencyjna”, zdefiniowana przez Umberto Eco jako emocjonalne zaangażowanie w dzieło poprzez jego podobieństwo do znanych nam tekstów kultury (jak choćby świadomość praw rządzących kinem gatunkowym), w przypadku Funny Games nie ma racji bytu. Słynna scena z pilotem pogłębia zagubienie widza, odbiera mu iluzoryczną władzę nad dziełem filmowym: pewność, że historia ma swój początek, rozwinięcie i zakończenie, które ujrzymy na ekranie. Gdy władza nad rozwojem wydarzeń zostaje oddana w ręce samoświadomych bohaterów pojawia się ryzyko, że film się urwie zanim historia zostanie opowiedziana do końca, co z punktu widzenia poznawczej kompensacji odbiorcy może być bardziej frustrujące niż brak klasycznego happy endu. I właśnie ten niepokój – niepokój o nas samych, nas jako widzów usatysfakcjonowanych – jest w Funny Games najbardziej dotkliwy.

Harry Angel

Harry Angel

Kajetan Kusina

Wydawać by się mogło, że w tekście o kinie wywołującym niepokojów powinno roić się od horrorów  i filmów grozy, bo w końcu wywołanie takich uczuć leży u podstaw takiego kina. Jednak prawda jest taka, że rzadko możemy mówić w ich kontekście o strachu prawdziwym, kryjącym się gdzieś głęboko. Częściej mamy do czynienia z krótkim przerażeniem, mającym na celu rozrywkę i szybkie oczyszczenie z nagromadzonego stresu.  Harry Angel należy jednak do tego bardziej szlachetnego grona horrorów, w których niepokój szybko zagnieżdża się w widzu i nie ma zamiaru opuścić go po zakończonym seansie. Nie, on siedzi w nim dalej i każe ponownie przeżywać historie wypełnioną koszmarami, zarówno tymi zesłanymi przez diabła, jak i będącymi konsekwencją ludzkich czynów. Rok 1955, nowojorski detektyw dostaje zlecenie od tajemniczego dżentelmena przedstawiającego się jako Louis Cyphre (raczej łatwe do rozszyfrowania) polegające na odnalezieniu zagubionego przed laty Johnny’ego Favourite’a – popularnego niegdyś muzyka, który nigdy nie wywiązał się z zawartej umowy. Tytułowy bohater wyrusza na poszukiwania, w trakcie których odkrywa, że większość ludzi wiedząca coś na temat zaginionego, zginęła w makabrycznych okolicznościach. Im dalej zagłębiamy się w fabułę tym pewniejszy jesteśmy, że Harry idzie wprost na spotkanie swojej zguby, ale nic nie może tego zmienić. Film Parkera jest w pewien sposób przewrotny – najpierw skupiamy swoją uwagę na przerysowane elementy horroru – choćby wspomniany Cyphre, pięknie przeszarżowany przez Roberta de Niro (kultowa scena z obieraniem jajka!) czy elementy magii voodoo. Jednak kiedy oswoimy się z tą całą makabrą, okazuje się, że prawdziwa groza została ukryta zupełnie gdzie indziej i z nią już nie można sobie poradzić w tak prosty sposób.

Monster: A portrait of Stalin in Bloodportrait of stalin

Bartek Przybyszewski “Liczne rany kłute”

Niesłusznie zapomniany miniserial dokumentalny o Stalinie. O tyle wyjątkowy, że realizowany w Moskwie przez rosyjskich filmowców i historyków w 1991 roku, czyli kiedy Związek Radziecki chylił się ku upadkowi. Po raz pierwszy wykorzystano w nim mnóstwo materiałów archiwalnych, które przez dekady leżały w rosyjskich tajnych archiwach. Każdy z sześciu 45-minutowych odcinków skupia się na innym aspekcie związanym z rządami Iosifa Wissarionowicza Dżugaszwilego, dzięki czemu znalazło się tu miejsce i na działania wojenne, i na metody aparatu bezpieczeństwa, i na rozpisane na wiele lat tworzenie mitu Nieomylnego Wodza, mającego scalić niejednorodny etnicznie naród. Twórcy zarejestrowali bezcenne świadectwa ofiar terroru Stalina i osób z jego otoczenia, nierzadko dziś już nieżyjących. Wypowiadają się pisarze i filmowcy współtworzący stalinowską propagandę, dziś na moralnym kacu. Wypowiadają się byli oficerowie NKWD, więźniowie łagrów i osoby torturowane przez tajną policję. Koszmarne czasy wspominają też rodziny ofiar czystek i dzieci działaczy politycznych z pierwszej połowy XX wieku. W trakcie ponad czterech godzin dokumentu widz zostaje zbombardowany przytłaczającą liczbą przerażających historii oraz dowodów na nieludzki cynizm i okrucieństwo Stalina. Materiału jest tyle, że pomimo jako takiej znajomości tematu pomiędzy odcinkami musiałem robić sobie przerwy na ochłonięcie. Nie dałbym rady zrobić sobie kilkugodzinnego maratonu.

Poważny człowiekpoważny człowiek

Kajetan Wykurz “Kino Kajetana”

Niepokój jako stan rozedrgania, niepewności i zagubienia, ta cienka granica między spokojem a lękiem, jest motywem tak często i gęsto powtarzającym się w kinie, że na myśl przychodzi mi co najmniej tuzin tytułów. Ale myślę, że ciekawie i nietypowo (bo często z humorem) do niepokoju podchodzą w swojej twórczości bracia Coen. Z dzieł bardziej znanych, będących znakomitym studium niepokoju poleciłbym ich Bartona Finka, gdzie główny bohater zmaga się z niemocą twórczą, która w miarę czasu przeobraża się w obłęd, a on sam traci powoli kontakt z rzeczywistością. Ale zakładając, że większość z czytelników ten film zna, polecę inne, mniej znane dzieło tegoż rodzeństwa. Poważny człowiek” traktuje o wielu sprawach, związanych z trudami ludzkiej egzystencji, ale niepokój wydaje się być tu kluczową emocją. Jest to przede wszystkim niepokój związany z szukaniem sensu i jakiejś logicznej narracji w codziennych zmaganiach z losem. Jako pokorny Żyd, starający się sumiennie wykonywać swoje codzienne obowiązki, bohater filmu nie jest w stanie zrozumieć, czemu to właśnie on jest ofiarą licznych życiowych niepowodzeń, począwszy od sypiącego się małżeństwa, poprzez problemy w pracy, aż po konieczność opieki nad nieporadnym bratem. Przy czym nie są to jakieś straszne nieszczęścia. Ot, codzienne problemy, z którymi wielu musi sobie na tym łez padole radzić. Jednak jako osoba o niskim poczuciu własnej wartości i braku asertywności, nasz bohater widzi te wszystkie przeciwności losu w sposób mocno wyolbrzymiony, bezskutecznie szukając odpowiedzi na tą życiową niesprawiedliwość we własnej religii i tradycji, jako ostatecznych wyznacznikach właściwego postępowania. Niepokój jest tu stanem egzystencjalnym, w którym staje się uwięziony, nie mogąc znaleźć wyjścia ze swoich kłopotów, biernie poddając się sytuacjom i gromadząc w sobie coraz większy gniew i rozgoryczenie. Sama konstrukcja filmu jest równie niepokojąca, pozostawiając wiele otwartych tropów i niewyjaśnionych motywów. Widz musi w dużej mierze sam sobie te klocki ułożyć. Nie jest to więc może najlżejsza lektura filmowa, no ale też temat niepokoju do najlżejszych w końcu nie należy. Na szczęście, jak to zwykle u Coenów, sporo jest tu ich swoistego humoru i zdystansowanego podejścia do tematu, a sam tytuł Poważny człowiek staje się ironicznie przewrotny. Ten podskórny niepokój wciąż jednak pozostaje, aż do samego, dość zaskakującego zakończenia.

Synekdocha, Nowy Jork

synekdocha, nowy jork

Jednym z kluczowych problemów poruszanych przez filmy Charliego Kaufmana jest walka o uzyskaniu choćby minimalnej kontroli nad własnym życiem i paniczny strach wywołany świadomością nieuniknionej przegranej. Tak jest i tym razem. Caden Cotard, uznany reżyser teatralny próbuje poradzić sobie z dwoma wielkimi zmianami – odejściem żony i przyznaniem stypendium pozwalającego mu na stworzenie dowolnego spektaklu. Postanawia wyreżyserować sztukę totalną, w której zostaną zawarte wszystkie elementy życia, wraz z jego własnym. Monumentalna scenografia rozrasta się wraz z jego własnym zagubieniem i uciekającą chronologią wydarzeń. Na początku wszystko wydaje się normalne, ale im dalej (jak to u Kaufmana) wszystko robi się coraz dziwniejsze i bardziej umowne. Scenariusz jest zakręcony i w wręcz onieśmiela widza, który próbuje nadążyć za tym festiwalem rozmytych osobowości i złudzeń. Jednym z ważniejszych zabiegów jest tu coraz mocniejsze zagłębianie się w “teatr życia”, w którym główny bohater reżyseruje spektakl, w ramach którego grający go aktor także to robi. Oglądając ten dziwny ciąg sami możemy poczuć się jak kolejna jego warstwa. A to w oczywisty sposób prowadzi do dziwnego wrażenia, że może nad nami też stoi ktoś, kto układa nasze życie tylko po to, aby poczuć odrobinę kontroli nad swoim losem. I tak w nieskończoność, bo w końcu to zadanie, które od samego początku jest niewykonalne. Ale nie pozostaje nam nic innego niż próbować wyjść z tej próby zwycięsko. 

The Bloodstained butterfly 

Radosław Pisula “Full Frontal Pisula”

Giallo to był konkretny gatunek. Rzadko kiedy ruszają mnie horrory i kryminały, ale cały zastęp włoskich kombinatorów (Fulci, Bava, Argento, Lenzi, Tessari) tak wykwintnie w latach 60. i 70. przetworzył na swoją modłę m.in. whodunity w stylu Agathy Christie, dzieła Hitchcocka i dorobek pulpowych tanich kryminałów, że klękajcie narody. I to mnie ruszało. I w sumie nadal rusza, bo jasne, te dzieła były skonwencjonalizowane ponad stan (ujęcia błyszczącego ostrza, czarne rękawiczki, elementy skradane, ukradkowe spojrzenia gdzieś w listowie, bo tam może czaić się morderca), ale przy tym – przez swoją formę, kulturowe uwarunkowania i podawanie tego bez przymrużenia oka (w czym zatopią się wzorujące na tym jankeskie slashery) – tarmosiły mocno aparat poznawczy. Bo to wszystko lepiło się do tkanki miejskiej, a mordercami byli zwichrowańcy, ale „swoi” zwichrowańcy. Chodzący do pracy, na kawę, oglądający mecze, ale po godzinach zakładający na głowę pończochy i wciskający ludziom w nocy kosy pod żebro. A jednak bardziej boję się ciachnięcia nożem w ciemnej uliczce niż spalonego faworka atakującego ludzi w snach. A do tego jeszcze trzeba dodać, że giallowcy nie pieprzyli się w tańcu i krwi wylewali mnóstwo, gardła pod naporem ostrza rozchodziły się jak paczka z UPS, a rozczłonkowane i wyniszczone ciało zalegające pod jakimś krzakiem w parku, wśród mokrych jesiennych liści, to widok tak sugestywny, że wbijający się pod czaszkę na zawsze. Dobra, bo miałem podać tutaj w sumie jeden film, niech więc będzie mniej szablonowo niż rzeczy kultowe („Ptak o kryształowym upierzeniu, Blood and Black Lace, A Lizard in a Woman’s Skin, Głęboka czerwień), dlatego wybieram The Bloodstained Butterfly (znakomity tytuł, u nas jako nudny Nieuchwytny morderca) nadal niedocenionego Tessariego, bo jest tu sporo niepokojącego (nie)dobra giallo, a dodatkowo dochodzi całkiem niezły wątek sądowy, który robi wiwisekcję społecznych wartości.

UkryteUkryte

Irena Kołtun “Blurby z celuloidu”

Haneke znany jest z wprowadzania widza w poczucie dyskomfortu i zapewniania „niemiłego wieczoru”. Właśnie życzeniem tego ostatniego zaprosił publiczność Festiwalu w Cannes w 2005 r. na seans Ukrytych. W tym wypadku jednak przywalenie łopatą w twarz było tylko jedno na cały film. Reżyser skupił się za to na budowaniu atmosfery stale wzrastającego niepokoju, która nie odpuszcza po zakończeniu. Już pierwsze ujęcia ustawiają odpowiednią pozycję odbiorców. Oglądają oni statyczne ujęcia domu głównego bohatera, które okazują się treścią taśmy przesłanej przez anonimowego nadawcę, odtwarzaną przez bohatera. Widz w ten sposób przyjmuje już na początku potrójny punkt widzenia: zwykłą dla filmowej publiczność perspektywę podglądacza, perspektywę dręczyciela, który kręci taśmę i perspektywę dręczonego, który tę taśmę odtwarza. Dalej jest tylko gęściej. Ktoś patrzy, ale dlaczego i po co? I kim on jest? Co mają znaczyć statyczne ujęcia budynków i ulic w okolicy miejsca zamieszkania głównego bohatera? Czy kryje się w nich coś więcej niż widać na pierwszy rzut oka? Dezorientacja widzów i głównego bohatera wzrasta proporcjonalnie wraz z ilością pytań. Łamigłówka zamiast precyzować zagrożenie, coraz bardziej je zaciemnia, potęgując napięcie. Wraz z rozwojem fabuły bohater orientuje się, że wcale nie chce, aby źródło jego niepokoju zostało skonkretyzowane; widz pozostaje więc sam z interpretacyjną układanką. Przyjęta stylistyka nie pomaga. Trudno odróżnić, co jest rzeczywistością, a co nagraniem na taśmę, co wspomnieniem bohatera, co jego snem, a co sfałszowaniem przeszłości, którą wypiera. Odbiorca nie może być niczego pewien i chociaż akcja snuje się powoli, wciąż oczekuje czegoś w napięciu, nie zdając sobie sprawy czym to jest. Ostatnie ujęcie przynosi jeszcze więcej pytań. Reżyser ukrył w nim coś, co teoretycznie nie powinno się wydarzyć, sugerując, no właśnie, co? Tym zabiegiem Haneke przedłuża iluzję dyskomfortu filmowego świata przedstawionego poza salę kinową. Witamy w świecie niepokoju.

Wyspa doktora Moreau

wyspa doktora munroe

Irena Kołtun “Blurby z celuloidu”

Tutaj w przeciwieństwie do Ukrytych wszystko jest przedstawione widzom jasno i klarownie, a fabuła uderza prostotą. Uratowany z katastrofy samolotowej brytyjski dyplomata dostaje się na wyspę, na której szalony naukowiec prowadzi eksperymenty genetyczne, tworząc hybrydy ludzi i zwierząt. Wreszcie efekty tych eksperymentów podnoszą bunt. Proza H. G. Wellsa sama w sobie ma potencjał do budzenia niepokoju u odbiorcy. Jednak w jej ekranizacji z 1996r. człekokształtne hybrydy są najmniejszym czynnikiem WTF. Całość dzieła, które okazuje się po prostu źle zrobionym filmem na podstawie przerabianego w trakcie kręcenia scenariusza jest jednocześnie usiana całymi scenami, grą aktorską i rozwiązaniami formalnymi, które nawet w gniocie budzą zdziwienie i dezorientację. A serwują nam to wszystko nazwiska z pierwszej aktorskiej półki: Brando, Kilmer, Thewlis, Balk. Fragment, w którym Brando gra na dwa fortepiany Chopina razem z karłem, podczas gdy Balk i Thelwis obserwują go przez okno przeszedł do historii złych filmów. Takich wytrącających z równowagi momentów jest więcej: wiaderko na lód używane zamiast nakrycia głowy, Kilmer przedrzeźniający sposób gry Brando i budujący w ten sposób swoją postać (sic!), dużo pauz w dialogach, które nie niosą żadnego znaczenia, puste twarze aktorów, które można by w sumie uznać za pewien sposób burzenia czwartej ściany – zdaje się, że każdy z nich ma świadomość, że występuje w katastrofie i swoją nieadekwatną grą stara się to przekazać widzom. Gdyby Wyspa doktora Moreau była tylko złym filmem, pozostawiłaby za sobą tylko znudzenie i niesmak. Zawiera jednak tyle dziwacznych i przypadkowych elementów, że skutecznie wytrąca oglądającego z jego strefy komfortu i każe mu się zastanawiać z niepokojem, jaki kolejny obraz zostanie mu jeszcze zaserwowany, a doświadczenie dziwności rzeczywistości zostanie w pamięci widza na długo.

PS. Historia kręcenia Wyspy doktora Moreau jest jeszcze dziwniejsza niż sam film. Polecam.