Zapraszam na kolejną odsłonę zbioru filmowych postów z profilu Kusi na Kulturę. Tym razem wśród opisywanych pozycji znalazły się “Midsommar”, “Rocketman” i “Sorry to Bother You”.

Midsommar

Rzadko kto może pochwalić się tak mocnym debiutem, jak miało to miejsce w przypadku Ariego Astera i jego zeszłorocznego Hereditary. I nie chodzi mi tylko o uznanie krytyków i sporej części widzów. Rzadko się zdarza, aby jakiś twórca już w swoim pierwszym obrazie tak mocno zaznaczył własny styl, tematykę i sposób filmowej narracji. Przy Midsommar można się pokusić o stwierdzenie, że Aster postanowił dalej eksplorować terytorium, które wyznaczył sobie w swoim debiucie. Jeśli nie podobało się Wam Hereditary, to prawdopodobnie nie macie czego szukać także w filmie o wakacjach w słonecznej Szwecji.  Aster ponownie bierze na warsztat temat rozpadu międzyludzkich relacji w obliczu olbrzymiej tragedii. Główna bohater filmu, Dani, boryka się z traumą, która rzuca się na jej związek z niezbyt empatycznym, studiującym antropologię Christianem. Ten zaś wybiera się wraz z kolegami z uczelni na wycieczkę do rodzinnej komuny jednego z nich, która mieści się na szwedzkim bezludziu. Dani dołącza się do nich (nie wiedząc, że nie jest mile widziana) i grupka wyjeżdża do wspomnianej wioski, aby wziąć udział w tytułowym świecie słońca. To co na początku brane jest za nieszkodliwe dziwactwo mieszkańców wioski, szybko okazuje się być rytuałami związanymi z pogańską sektą. Z dnia na dzień dzieją się tam coraz dziwniejsze rzeczy, a psychika głównej bohaterki narażona jest na niezwykle silne doznania. 

midsommar

Mam wrażenie, że głównym problemem Midsommar, także w kwestii fabuły, jest jego długość. Gdzieś w połowie filmu dwa wcześniej współdziałające porządki, czyli dramat i groza, zaczynają tracić równowagę na rzecz pokazu coraz to nowszych dziwów związanych z życiem sekty. Osobno każdy z tych elementów jest ciekawy, ale w za dużym natężeniu wydają się być pokazywaniem sztuki dla sztuki. Gdyby film był krótszy, a dwa wspomniane porządki trzymane w większym zwarciu, to całość mogłaby być jeszcze bardziej emocjonalna. Choć to kwestia tylko środka filmu, bo końcówka jest pod tym względem równie intensywna jak początek. Midsommar jest filmem wyjątkowo estetycznym, w którym każdy kadr wydaje się wcześniej przemyślany i szczegółowo zaplanowany. Szczególne wrażenia robią wszystkie szerokie plany, na których widać wioskę skąpaną w promieniach letniego słońca. Ubrane na biało postaci poruszające się wśród zieleni na początku zdają się bardzo kojące, ale im dalej w las, tym bardziej zaczynamy odczuwać niepokój wynikający z kontrastu między pozorną sielanką, a prawdziwą naturą obserwowanych wydarzeń. Warto zaznaczyć też, że estetycznie niekoniecznie znaczy “miłe i ładne”, bo na ekranie pojawiają się naprawdę obrzydliwe sceny (takie jak zbliżenie na zmiażdżoną ludzką głowę), ale one też zostają ukazane, na swój perwersyjny sposób, estetycznie. 

midsommar 3

Wspaniała jest Florence Pugh w roli głównej bohaterki. Dziewczyna niezwykle sugestywnie oddaje cały wachlarz bardzo skrajnych emocji szargających tą postacią. Od depresyjnego otępienia, poprzez ataki pani, aż po okrzyki czystej rozpaczy. Gdy na samym początku filmu Dani zaczyna wyć przytłoczona swoją tragedią, to jest to dźwięk, który przeszywa i obezwładnia. Ten odgłos czystej rozpaczy wydobyty prosto z trzewi świadczy o wielkich aktorskich możliwościach i jej chyba najstraszniejszą rzeczą w całym Midsommar.  Nowy film Astera nie robi tak piorunującego wrażenia jak jego debiut, ale może to być kwestia niemożliwego do powtórzenia powiewu świeżości. Jednak, pomimo swoich wad, Midsommar to nadal film wart uwagi nie tylko ze względu na swoje piękno. To kolejny dowód na to, że gatunek kina grozy jest wyjątkowo pojemny i wciąż pozwala na śmiałe eksperymenty. W tym wypadku za taki można uznać połączenie campowego klimatu spod znaku Wickermana z prawdziwą ciemnością kryjącą się w duszy głównej protagonistki. Można się śmiać na niektórych scenach, ale ostatecznie całość pozostaje bardzo niepokojąca. 

PS. Niektóre kadry wyjęte są jakby wprost ze Świętej góry Jodorovskiego, choćby ta piramida górująca na wioską.

PS2. Jeśli ktoś miał na studiach jakiś przedmiot związany z wiezieniami kultur pierwotnych, to na pewno będzie bawił się o wiele lepiej dzięki wyłapywaniu różnych nawiązań. Pod tym względem to naprawdę unikalny film.

Rocketman Rocketman

Gdyby twórcom filmu zabrakło odwagi i poszliby drogą bezpiecznego Bohemian Rhapsody, to efektem byłby kolejna nudnawa biografia artysty, który nie potrafił poradzić sobie z gigantyczną sławą. Zamiast tego postanowili oni stworzyć obraz odzwierciedlający postać, o której opowiada. Rocketman jest bardzo pstrokaty, czasami zbyt kiczowaty, łzawy oraz bezpośredni, ale jednocześnie emocjonalny i chwytający za serce urokiem swojego prostego przekazu. Czyli idealnie odzwierciedla muzykę oraz sceniczny image samego Eltona Johna. Jednocześnie cała ta radosna i kolorowa otoczka musi się zderzyć z historią uzależnień muzyka. Film rozpoczyna się od sceny, w której przychodzi on na swoje pierwsze spotkanie podczas terapii odwykowej, podczas której wyjawia, że jest alkoholikiem, narkomanem, seksoholikiem, zakupoholikiem, bulimikiem oraz ma kłopoty z napadami agresji. Dla wielu osób kojarzących go jako miłego pana grającego na fortepianie, może być to niezły szok. Świetnym rozwiązaniem okazało się pójście w musicalową konwencję – co chwilę raczeni jesteśmy symbolicznymi przedstawieniami kolejnych ważnych etapów w biografii Johna za pomocą jego piosenek. Kiedy bohater filmu opowiada o swojej imprezowej młodości, to słyszymy Saturday Night’s Alright (For Fighting), a wszystkie postaci wpadają w taneczny szał. Im bardziej Rocketman odchodzi od klasycznej narracji tym lepiej, bo właśnie w tej zabawie konwencją tkwi jego siła. Oprócz scen śpiewanych i tańczonych dużo tutaj fragmentów wręcz teatralnych. Jednym z moich ulubionych zabiegów jest przedstawienie małżeńskiego życia Johna z Renate Blauel za sprawą jednej sceny. Zresztą dużo tutaj jest skrótów i momentów symbolicznych – w końcu film rozegrany jest tak, jakby wszystkie ekscesy zakończyły się wraz z pierwszą terapią. A prawdziwy John musiał zmagać się z wielokrotnymi powrotami do alkoholu i narkotyków. Cały myk w tym, że wybrana konwencja sprawia, że takie zabiegi w żaden sposób nie przeszkadzają w odbiorze filmu.

rocketman taron egerton

Osobny owację należą się wspaniałej kreacji Tarona Egertona, który wypadł na wskroś naturalnie i charyzmatycznie. Przypominający z aparycji typowego angielskiego mate’a zaskakująco dobrze odnajduje się w całej queerowej otoczce związanej z charakterystycznym stylem swojego bohatera. Jednocześnie sprawia wrażenie, jakby rzeczywiście grał postać, a nie tylko starał się wykonać jak najlepiej wyglądający cosplay polegający na kopiowaniu zachowań żywego odpowiednika. Pewnie duża w tym zasługa tego, że Egerton sam śpiewa wszystkie piosenki, co wychodzi mu świetnie, ale jednocześnie czuć sporo różnice między filmowymi wersjami, a ich oryginałami. Co akurat w tym przypadku stanowi sporą zaletę. Chwalę i chwalę tego Rocketmena, ale nie znaczy to, że to film pozbawiony wad. Kiedy schodzimy ze strefy musicalowo-fantastycznej i musimy obserwować bardziej klasycznie opowiedziane sceny, wtedy wkrada się sporo nudy, a całość traci na swojej płynności. Zresztą tempo opowieści bywa też dziwnie rozegrane, a nie wszystkie wybory w strefie “odlotów” są tak samo trafne. Jednak ostatecznie liczy się to, że udało się przenieść na ekran charakterystyczne cechy muzyka i stworzyć obraz, który cały jest przesiąknięty jego twórczością. Nawet kiedy film wywala się tu i ówdzie, to zaraz wraca na właściwy tor tak, że pozostaje nam tylko zanucić I’m Still Standing.

Sorry to Bother You

sorry to bother you

Film miał u nas tragiczną dystrybucję, więc mało kto go zobaczył, a szkoda, bo to jedna z najciekawszych pozycji zeszłego roku. Wydaje się też bardzo wdzięcznym tematem do dyskusji – niektórzy się w nim zakochali, a inni wręcz przeciwnie, byli wkurzeni na bezpośredniość przekazu i silenie się na “bycie fajnym”. Trochę o fabule – rzecz rozgrywa się w podrasowanej wersji naszej rzeczywistości, w której kapitalizm dochodzi do granic absurdu – wielka korporacja wprowadza nowy model pracy polegający na podpisaniu dożywotniego kontraktu zapewniającego pracownikom mieszkanie (właściwie to miejsce w łóżku piętrowym) w fabryce i jedzenie w zamian za usługi, co jest ewidentnie nową wersja niewolnictwa. Bohaterem jest Cassius, pozbawiony perspektyw trzydziestolatek, który zaczyna pracę w call center. Na początku nie idzie mu za dobrze, ale szybko uczy się umiejętności mówienia “white voice”, dzięki któremu robi zawrotną karierę i uzyskuje możliwość przejęcia do legendarnego piętra, w którym odbywa się prawdziwa sprzedaż.

sorry to bother you

Tak jak wspomniałem, mamy tu do czynienia z satyrą i to z gatunku tych, które walą prosto z mostu i wytykają palcem. Do tego twórcy bardzo starali się, aby ich film był dziwny, ale jednocześnie zjadliwy. Jest tu bardzo dużo zabaw formalnych , choćby samo użycie “white voice” z chamsko podstawionym głosem lektora czy przenoszenie się bohatera prosto do miejsc, do których dzwoni. Jednak twórcy nigdy nie przesadzają i tak naprawdę ciągle trzymają się dość konwencjonalnego schematu fabularnego. Dlatego niektórych może wkurzać ten rozkrok wynikający z braku odwagi na zdjęcie nogi z hamulca. Mi ta mało subtelna stylistyka przypasowała, bo wydaje się, że wynika ona ze szczerości i chęci trafienia z przekazem do jak największej liczby odbiorców. Takie bardzo bezpośrednie “to się dzieje tu i teraz, wcale nie jest jakoś bardzo inaczej”. Zresztą, w pewnym momencie produkcja przestaje być tylko komedią i zaczyna robić się naprawdę niepokojąca, wręcz straszna.  

Sorry to bother you

Dużo dobrego robią tutaj aktorzy. Grający główną rolę Laikeithem Stanfieldem świetnie odgrywa postać człowieka niepasującego zupełnie do swojej nowej pozycji, ale zadowolonego z nowych przywilejów. Jest też jak zawsze cudowna Tessa Thompson, ale tu nie jestem obiekty, bo po prostu ją uwielbiam. Przezabawny jest Armie Hammer w roli nieprzyzwoicie bogatego prezesa, który stanowi piękną karykaturę prawdziwego człowieka sukcesu. Takiego co wstaje jeszcze zanim położy się spać. Na koniec dość groteskowe spostrzeżenie – film najłatwiej jest obecnie obejrzeć na Amazon Prime Video. Wypożyczamy go w takim wypadku od firmy będącej pierwowzorem złej korporacji, która jest w nim pokazana. Jest w tym pewna smutna ironia.