Tym razem w filmowym misz-maszu znalazło się miejsce dla “Come to Daddy”, “Frankenstein’s Monster’s Monster, Frankenstein”, “Gentlemana z rewolwerem” i “Tetsuo”.

Come to Daddy

come to daddy elijah wood

Elijah Wood od dobrych kilku lat świetnie odnajduje się na obrzeżach amerykańskiego mainstreamu, grając w coraz bardziej specyficznych produkcjach (choćby dwa sezony Holistycznej agencji detektywistycznej Dirka Gently’ego). Działa także jako producent (jego firma stworzyła Mandy). Omawiana produkcja to przykład na to, że wszyscy powinniśmy się cieszyć z obranej przez niego drogi, bo wydaje się dla niego najlepszym wyborem. Come to daddy to jeden z tych filmów, o których trudno pisać bez psucia zabawy, bo zaskoczenie goni w nim zaskoczenie. Dlatego poruszę tylko punkt wyjściowy fabuły – stanowiący stereotyp (lub nawet parodię) hipstera Norval Greenwood przyjeżdża w odwiedziny do mieszkającego na odludziu ojca, którego nie widział od trzydziestu lat. Na początku ma nadzieje, że zaimponuje mu za sprawą swoich wymysłów na temat muzycznych osiągnięć i życia na świeczniku. Jednak szybko odkrywa, że ojca zupełnie to nie obchodzi, a z kolejnymi chwilami zaczyna być coraz bardziej agresywny. 

Come to daddy to film, który bardzo sprytnie gra na przyzwyczajeniach widza i często zmienia przybraną konwencję. Dlatego do samego końca nie możemy być pewnie co właściwie się wydarzy, bo jedna scena zupełnie zmierza kierunek, w którym zmierza cała fabuła. Jest dziwnie, zabawnie i groteskowo brutalnie. Wood świetnie wciela się w zblazowanego lekkoducha, który nagle zostaje wyrwany ze swojej strefy komfortu i musi adaptować się do nowej dla siebie sytuacji.  Po wyjściu z seansu na Octopus Film Festival 2019 miałem okazję pogadać z paroma znajomymi i nasze wspólne reakcje kierowały się w stronę “Co to kurwa było”, “Nie wiem czy to było genialne, czy beznadziejnie głupie”. Jeśli lubicie obrazy, które budzą w Was ambiwalentne uczucia, to zapamiętajcie ten tytuł i polujcie na niego – pewnie jak się pojawi w sieci, bo nie wiem czy można liczyć na normalny kinowy obieg. To jednak za duża nisza. 

O samym filmie dużo może powiedzieć dobór dwóch cytatów wyświetlonych na jego początku: 

“The sins of the father are to be laid upon the children.” – William Shakespeare

“There is no one else like my daddy ” – Beyonce

Frankenstein’s Monster’s Monster, Frankenstein 

Frankenstein harbour

Trwający pół godziny mockdokument, w którym David Harbour (on sam) próbuje rozwikłać tajemnice związaną z swoim ojcem David Harbourem Juniorem (także on sam) i jego telewizyjną sztuką. Nie jest to najlepszy mock, który widziałem w życiu – kuleje w nim część współczesna, ale sceny pokazujące samą sztukę i życie Harboura naprawdę mnie bawiły. Perełką są natomiast fragmenty, w których Harbour parodiuje reklamy z pijanym Orsonem Wellesem. Już dla nich samych warto poświęcić te pół godziny. Poza tym całość jest na tyle dziwna, że zwolennicy tego typu ciekawostek też nie powinni czuć się zawiedzeni.

Gentleman z rewolwerem 

gentleman z rewolwerem redford spacek

Pożegnalny występ Roberta Redforda to bardzo specyficzny feel good movie. Główny bohater jest niby przestępcą, który kradnie na potęgę, ale jednocześnie jest najbardziej uroczym człowiekiem na świecie, cieszącym się życiem pomimo starości. Wydaje się to dziwnym wyborem na pozytywną postać, ale jednocześnie to ładne zamknięcie klamry aktorskiej kariery Redforda, który przecież sławę zdobył za sprawą kreacji uroczych drani. Cały film jest trochę jak jego bohater – bardzo niedzisiejszy, trochę naiwny i zbyt optymistyczny, ale jednocześnie nie można odmówić mu sporej dawki charyzmy. Sam Redford żegna się z nami w bardzo udany sposób i mimo osiemdziesiątki na karku nadal wydobywa z siebie pełno ekranowej energii. Pomagają mu w tym inni weterani w postaci Sissy Spacek, Toma Waitsa i Danny’ego Glovera. A z młodszej generacji świetnie radzi sobie Casey Affleck w roli znudzonego życiem detektywa, który za sprawą pościgu za uroczym bandytą ponownie odkrywa jego uroki.  Można temu obrazowi zarzucić wiele, ale jeśli ktoś chce po prostu poprawić sobie nastrój prostą historią o miłości do życia, to powinien być zadowolony

Tetsuo: człowiek z żelaza

tetsuo człowiek z żelaza

 

Od lat wisiał na mojej liście “chciałbym, ale się trochę boję”. Wiedziałem, że należy spodziewać się dużej dawki obrzydliwego body horroru i mocno surrealistycznej atmosfery, ale i tak nie byłem przygotowany na to,co zobaczyłem. Fabuła jest tutaj bardzo umowna – główny bohater zostaje zarażony wirusem, który zmienia jego ciało w metal. Z tokiem akcji zmienia się w coraz ohydniejszą hybrydę człowieka z maszyną, a na drodze staje mu inny zarażony. Jednak wszystko to podane jest na tyle minimalistycznie, że przez większość filmu trudno zrozumieć, co właściwie się dzieje. Ale to nie jest do końca istotne, bo liczy się tutaj strona wizualna oparta na dziwnej fascynacji modyfikacjami ludzkiego ciała. To na pewno nie jest film dla ludzi, którzy nie lubią przemocy i makabry, bo tej jest tutaj od groma. Wystarczy spojrzeć na jedną z pierwszych scen, w której bohater rozcina sobie nogę, aby wsadzić w nią metalowy pręt, a potem zaszyć ranę. Na początku czułem tylko obrzydzenie, ale im bardziej Tetsuo zmienia się w maszynę, tym fascynacja procesem rośnie. Jest to na pewno obraz chory i popieprzony, ale trudno mu odmówić pewnego rodzaju piękna. Zwłaszcza gdy dodać mocno awangardową naturę całości – fakt, że to artystyczny film opowiadający mocno pulpową historie sam w sobie jest intrygujący. Na pewno odradzam seans wszystkim wyczulonym na gore i nihilistyczną brutalność, ale ci z większym pancerzem powinni spróbować, bo to jeden z tych filmów, które są bardziej przeżyciem niż normalną historią.