“Between Two Ferns: The Movie”, “El Camino”, “Król”, “The Laundromat”. Oto filmy, które trafiły do tej odsłony przeglądu filmowych postów umieszczanych na profilu Kusi na Kulturę.

Between Two Ferns: The Movie 

between two ferns netflix paul rudd

Kojarzycie serię filmików, w której Zach Galifianakis przeprowadza z różnymi gwiazdami najbardziej niezręczne wywiady świata? No to na Netflixie pojawił się pełnometrażowy film opowiadający historię ich powstawania. Zach Galifianakis (on sam) dostaje od Willa Ferrella, właściciela największej strony na świecie Funny or Die, propozycję, która może zmienić jego życie: jeśli nagra dziesięć wywiadów z upolowanymi gwiazdami, to dostanie swój talk show w sieciowej telewizji. Ten film jest równie niezręczny, nieudolny i celowo nieśmieszny jak wspomniane wywiady. Jednak w tym wypadku trzeba przyjąć, że to kwestia konwencji opartej na swoistym anty-humorze. Choć nie ma też co ukrywać, że fabuła jest tylko dodatkiem do samych wywiadów, a te stanowią małe perełki. Gośćmi są między innymi Paul Rudd, David Letterman, Brie Larson czy Tessa Thompson. Prowadzący jest dla nich chamski, nieprzyjemny i mało zabawny. To wywiady z piekła rodem. I cudownie jest oglądać tych wszystkich odpytywanych celebrytów, którzy świetnie odgrywają zmieszanie i zakłopotanie spowodowane natłokiem dziwnych pytań. A najwspanialszy jest w tym wszystkim sam Galifianakis odgrywający kompletnego buca i kretyna. Nie jest to rzecz wybitna, a do tego skierowana do bardzo specyficznego odbiorcy. Ale jeśli lubicie te dziwne skecze, to powinniście się zainteresować tym małym filmowym dziwadłem.

El Camino 

el camino netflix

Mam problem z tym filmem. Jako fan Breaking Bad z radością przyjąłem kolejną dawkę tego, co tak bardzo lubię – powolnej narracji, humoru opartego na grotesce, dyskomfortu związanego z lekkością przedstawiania brutalności i bardzo ciekawych zabaw z kamerą. Jednocześnie dawno nie miałem tak mocnego wrażenia, że oglądam coś zupełnie niepotrzebnego. Co właściwie wnosi ten filmowy epilog do naszego postrzegania całej historii Jessego? Właściwie nic. I tak wiedzieliśmy, że uciekł, a on sam nie przechodzi tu żadnej przemiany w stosunku do finału serialu. Owszem za pomocą retrospekcji pokazana jest ogólna droga jaką przebył, ale to nie jest zasługa samego filmu. Sama akcja poprowadzona jest sprawnie i ciekawie, ale to nadal  wygląda jak posklejane fragmenty odcinka, które lepiej sprawdziłyby się gdyby przeplatać je z innymi wątkami. El Camino nie daje nam nic innego poza możliwością spędzenia jeszcze kilku chwil w dziwnym świecie wykreowanym przez Vince’a Gilligana. Odwiedziłem go z entuzjazmem, choć zastanawiam się, czy jednak nie wolałbym, aby to co spotkało Pinkmana pozostało pożywką dla wyobraźni widzów.

Król

Król netflix chalamat

Netflixową adaptację Henryka V najbardziej fanom polecam filmów, które starają się oddać klimat mniej bajkowego średniowiecza. Wszystko jest tu bardzo surowe, brudne i mało przyjemne. Najlepiej widać to w scenach potyczek – nie ma miejsca na taniec z mieczem znany z wielu produkcji. Braknie też olbrzymich bitew z armiami sięgającymi po horyzont. Jest za to walka w zwarciu, walenie się po łbach, ślizganie się po błocie i korzystanie z każdej taktycznej przewagi. Kiedy widzi się zakutych w zbroje wojowników, to czuć cały ciężar i dyskomfort jaki musieli odczuwać. Trud, znój i zmęczenie wylewają się z ekranu.

Robert Pattinson Król Netflix

Bardzo dobrze jest też ze strony aktorskiej. Rozumiem, że niektórzy mogą narzekać, że Timothée Chalamet ponownie atakuje smutnymi oczami i powolnym sposobem mówienia, jakby niósł w sobie w cały ciężar świata. Ale w końcu Henryk V to właśnie taka postać, więc pasuje tu świetnie. Jednak najbardziej błyszczy Joel Edgerton w roli cynicznego, choć rozważnego Falstaffa. Natomiast wcielający się w Delfina Robert Pattinson ponownie udowadnia, że doskonale odgrywa obmierzłych i obrzydliwych typów. Fabularnie mamy do czynienia ze znaną historią władcy, który wbrew swojej woli musi nauczyć się okrucieństwa. Jest podana dość sprawnie, ale wydaje mi się, że niezbyt dobrze wyważono wydźwięk jej poszczególnych aspektów, przez co pod koniec miałem wrażeniem, że nie do końca wiem, co miała mi przekazać (poza tym, że bycie królem jest trudne). Jednakowoż oddanie ducha epoki oraz wyśmienite aktorstwo sprawiają, że zwracałem takiej uwagi na czasami przynudzający scenariusz, bo byłem zajęty chłonięciem atmosferę.

The Laundromat

The Laundromat Oldman Banderas

 

A miało być tak pięknie. Steven Soderbergh opowiada o kulisach jednej z największych afer finansowych w dziejach (tak zwane Panama Papers z 2016 roku), a do tego ma fenomenalną obsadę z Meryl Streep, Garym Oldmanem oraz Antonio Banderasem na czele. Jednak na pięknych zapowiedziach się skończyło. Podstawowy problem jest taki, że Soderbergh bardzo chciałby być Adamem McKayem i zaserwować nam drugie The Big Short. Podobnie jak tam mamy do czynienia z łamaniem czwartej ściany i narratorami, którzy tłumaczą nam bezpośrednio zawiłości omawianego problemu. Tym razem są nimi panowie Mossack i Fonseca – szefowie firmy, która stała się jednym z największych generatorów przedsiębiorstw-wydmuszek (służących do omijania podatków) w historii. Podobnie jak u McKaya mamy do czynienia z luźno-atrakcyjnym opowiadaniem o poważnych problemach. Dostajemy też urozmaicenie w postaci historii normalnej kobiety, która po prostu chce odzyskać pieniądze z ubezpieczenia po śmierci męża. A wszystko to przemieszane z wieloma mniejszymi opowieściami o ludziach zamieszanych w cały proceder.

The Laundromat Netflix Meryl Streep

Jednak Soderbergh McKayem nie jest i to naśladownictwo zupełnie mu nie wychodzi. Wydaje się, że sprawa rozbija się o brak zaufania wobec inteligencji widza. The Big Short tłumaczyło wiele rzeczy łopatologicznie, ale nie bało się zasypać oglądającego także bardziej skomplikowanymi informacjami. Natomiast The Laundromat mówi do nas “Chodź, pokażę Ci wszystko w taki sposób, aby nawet Twoje dziecko zrozumiało”. W ten sposób film staje się koszmarnie protekcjonalny, a jednocześnie tylko ślizga się po omawianym temacie. Pełno tu wizualnych ufajnień, prób łamania konwencji i innych zabiegów, które sprawiają, że główny problem gdzieś umyka. Co gorsza, film Soderbergha jest nachalny w swoim przekazie, nawet jak na standardy amerykańskiego kina zaangażowanego. Pod koniec możemy oglądać scenę, w której Meryl Streep przemawia prosto do widza i streszcza przesłanie całej tej historii, jakby przypadkiem ktoś nie zrozumiał, co właśnie oglądał przez ostatnie półtorej godziny. W połączeniu z resztą, jest to scena po prostu irytująca. Jedyne co może skusić do obejrzenia filmu to dobra gra aktorska (choć Banderas został zmarnowany), ale to małe pocieszenie biorąc pod uwagę, jak istotny temat został tu zaprzepaszczony. Afera “Panama Papers” to naprawdę fascynująca sprawa, która zasługuje na o wiele lepszą prezentację. Może kogoś, kto nie będzie próbował małpować specyficznego stylu innego reżysera.