“1917”, “Bad Boys for Life”, “Uncut Gems” i “Psy 3” – oto lista produkcji, które znalazły się w osiemnastej odsłonie przeglądu filmowych postów z profilu “Kusi na Kulturę”.

1917 

Najnowszy film Sama Mendesa (choć Roger Deakins jest tu chyba ważniejszy) jest bardzo ciekawym testem na to, czego właściwie oczekujemy od kina i jakie jego rejony nas interesują. Rzadko zdarzają się w końcu produkcje, które tak bardzo opierają się na jednym aspekcie (praca kamery), właściwie ignorując jego inne elementy (klasyczny montaż). Dla jednych ten niesamowity eksperyment może stanowić efekciarską wydmuszkę, inni zaś odnajdą w nim czystą esencję kinematograficznego przeżycia.

1917

Nikt chyba nie będzie się próbował oszukiwać i ukrywać, że najważniejszym elementem filmu jest tu wcześniej niespotykane na taką skalę stworzenie iluzji uczestniczenia w kilku pozbawionych cięć scenach. Jeśli ktoś lubuje się w operatorskich sztuczkach i kocha zabawy z wizualną narracją, to 1917 będzie pewnie dla niego niesamowitym doświadczeniem. Trudno mi sobie wyobrazić, co musiało się dziać w mózgach operatorów, którzy to wszystko rozkminili, ale ostateczny efekt potrafi zaprzeć dech. Pal licho, że ta kamera rzeczywiście ciągle podąża za bohaterami (zabawa w odkrywanie, gdzie mogło polecieć cięcie to dodatkowy atut seansu), co już samo w sobie byłoby imponujące. Chodzi o to, że te ujęcia często same w sobie są świetne i nawet bez bazowego efektu stanowiłyby kawał dobrej roboty.

1917

Fabularnie 1917 jest filmem wyjątkowo prostym, jednowątkowym i w dużej mierze opierającym się na rzucaniu bohaterów w objęcia kolejnych zagrożeń, w pewnym momencie natężonych do granic absurdu. Można spojrzeć na to w ten sposób, ale mimo wszystko byłoby to dla tej historii krzywdzące. Bo to ciekawy przykład filmu, w którym opowieść nie opiera się tylko na nachodzących po sobie wydarzeniach, a raczej skupia się na przekazywaniu tego, co właśnie przeżywa główny bohater. Czołganie się w błocie, ucieczka przed ostrzałem, walka z rwącą rzeką – cały ten trud i znój jest przekazywany bardzo sugestywnie. Można powiedzieć – no, ale przecież na tym polega kino, przeżywamy opowieść z bohaterami. I jest to racja, ale 1917 próbuje przerzucić te wrażenia na poziom wyżej. To produkcja, w której wszystko opiera się zgłębieniu immersji i doznaniowości. Oczywiście, nie każdy musi dać się w to wciągnąć, i wtedy rzeczywiście mogą się pojawić spore pretensje.

1917 cumberbatch

Ciekawą kwestią jest tu samo aktorstwo. Wcielający się w główne role George McKay i Dean-Charles Chapman musieli odegrać je w sposób, którego normalnie nie uświadczymy w kinach. Bardzo długie sceny pozbawione ciągłych cięć musiały wymagać od nich doskonałego spamiętania każdego gestu słowa, gestu i ruchu. To zadanie wymagające, podładowane stresem i stawiające w stan ciągłego skupienia (każda pomyłka to powtarzanie długiej sekwencji). Wydaje mi się, że obaj wykonali je w nad wyraz zadowalająco. Intrygujące jest też to, że udało się tu sprowadzić całą plejadę znanych aktorów (Colin Firth, Benedict Cumberbatch, Andrew Scott, Mark Strong), którzy zgodzili się wystąpić w filmie mając w nim do zagrania tylko po jednej scenie.

1917 to ten rodzaj filmu (a może bardziej kinowego przeżycia), do którego można byłoby się przyczepić oceniając go w “klasyczny” sposób”. Jednak cała sprawa opiera się o to, że to produkcja oparta na bardzo konkretnych założeniach, mająca na celu zapewnienie widzowi konkretnego doznania. I pod tym względem sprawdza się perfekcyjnie.

Bad Boys for Life

Po sieci krąży żart, że jedyną osobą na świecie, która naprawdę czekała na Bad Boys For Life był Martin Lawrence liczący na wyrwanie się z aktorskiego niebytu. Bo kto inny oczekiwał kolejnej odsłony serii, której pierwsza część ma już 25 lat, a druga stanowiła zapowiedź tego, co Michael Bay zrobi z kinem akcji (wysadzi je w powietrze). Ja sam spodziewałem się nieudolnej reanimacji, ale tym razem zostałem naprawdę pozytywnie zaskoczony. Nowa część Bad Boys okazała się być naprawdę przyjemnym seansem, który pozwolił mi ponownie poczuć klimat końcówki złotej ery “buddy cop movies”.

Bad Boys 3 Will Smith Martin Lawrence

Jednym z czynników, które składają się na pozytywny odbiór nowych Bad Boys jest umiejętnie wykorzystanie klasycznych elementów tej serii podlanych lekką, ale nie przesadzoną ironią. Pierwszy przykład z brzegu – w pierwszych minutach filmu mamy okazję zobaczyć ikoniczną, pokazaną za sprawą łukowatego ruchu kamery scenę wychodzenia z auta w stylu “cool as fuck”. Jednak epicki moment jest przerwany w momencie, kiedy Marcus przypieprza drzwiczkami w hydrant. Takich momentów, lekko wyśmiewających stylistykę lat dziewięćdziesiątych jest więcej, ale twórcom udaje się uniknąć popadania w autoparodię lub przesadę w stylu “he he patrzcie jak sobie robimy jaja, bo wiemy że to głupie”. Ten film przede wszystkim pozostaje akcyjniakiem utrzymanym w konwencji, która obecnie jest już na wymarciu.

Fabuła jest durna, przepełniona dziurami logicznymi i szyta naprawdę grubymi nićmi. Jednak dobrze sprawdza się jako nośnik do kolejnych, coraz większych rozpierduch, które choć naprawdę efektowne, to w świecie nowych części Fast and Furious mogą uchodzić za naprawdę stonowane. Ale akcja też tu nie jest najważniejsza, bo Bad Boys For Life powinno się obejrzeć dla wciąż niesamowicie żywej i naturalnej ekranowej chemii pomiędzy Smithem i Lawrencem. Kiedy Marcus i Mike zaczynają swoje nieskończone, przepełnione słowotokiem (często w akompaniamencie ostrzałów) kłótnie, to trudno nie cieszyć japy, bo dialogi są naprawdę zabawne i ostre, oczywiście, jeśli lubicie taki typ humoru. Czuć tutaj też ten klimat “love-hate” charakterystyczny dla tego typu produkcji. Trudno uwierzyć, że po Lawrence i Smith po szesnastu latach tak dobrze weszli w te postaci i sprawili, że od ich oglądania robi się ciepło na serduchu.

Jeśli pierwsza część Wam nie podeszła, to Bad Boys For Life nie zmieni Waszego zdania. Ale jeśli hodujecie w sercu tęsknotę za lekkim kinem sensacyjnym opartym na sprzeczkach i docieraniu się dwóch zupełnie różnych postaci, to powinniście dać im szansę. To kino świadome swojego rodowodu, ale nie wstydzące się go i przypominające nam, czemu lubiliśmy te, w gruncie rzeczy niewinne, filmowe popisówki. Człowiekowi po prostu brakuje w kinie tak dobrze napisanych kumplujących się ze sobą bohaterów.

Psy 3. W imię zasad 

Są w najnowszym filmie Pasikowskiego nieliczne momenty, w których ogląda go się bardzo dobrze. To fragmenty, głównie początkowe, w których obserwujemy, jak zmęczony Franz Maurer chodzi po obcym dla siebie świecie i odkrywa, że jest w nim zupełnie niepotrzebny. Wszyscy jego dawni towarzysze nie żyją, są na emeryturze albo słuch o nich zaginął. O jego legendarnych wyczynach nikt już nie pamięta, a on sam jawi się jako relikt przeszłości. I to takiej, o której wszyscy woleliby zapomnieć. Udane są sceny jego pojednania z Waldemarem “Nowym” Morawcem, który od lat jest na rencie inwalidzkiej (palec odcięty łopatą w Psach 2) i piastuje zaszczytne stanowisko prezesa związku działkowców, a wolny czas spędza z liczną rodziną w swoim małym mieszkaniu. Co więcej, w wielu momentach czuć też spory potencjał na naprawdę ciekawą, moralnie nieoczywistą historię. Bo oto na drodze Maurera i Nowego staje komisarz Witkowski – ostatni czysty gliniarz, którego starania nieustannie zostają ukrócone przez skorumpowanych kolegów z pracy. Wierzący w to, że wszystko powinno być osądzone w ramach systemu, spotyka swoje przeciwieństwo w postaci starych wyjadaczy nie widzących nic złego w samosądzie. Jednak to wszystko szybko ustępuje bardzo mało interesującemu wątkowi głównemu

Psy 3 Linda

Problem w tym, że cały ten potencjał nie zostaje odpowiednio wykorzystany. Pasikowski w dziwaczny sposób ucina ciekawe wątki, niepotrzebnie próbuje stworzyć nowe “kultowe” odzywki, a po drodze chyba parokrotnie zmienia pomysł, jakim właściwie filmem mają być Psy 3. Gdzieś po drodze znika atmosfera z początku, a kameralny, nostalgiczny nastrój zostaje sfinalizowany jedną z największych rozpierduch (o i ile nie największą) w historii polskiego kina sensacyjnego. Dobrze zrealizowanej, ale pasującej do reszty, jak pięść do nosa. Oczywiście, fabuła dwóch poprzednich Psów także nie nadaje się jako wzorzec logicznie poprowadzonej historii, ale chyba przez ostatnie dwadzieścia pięć lat udało się w naszym kinie wyrobić trochę większe standardy.

Psy 3 Linda

Aktorsko jest całkiem w porządku, głównie ze względu na Lindę i Pazurę, którzy co prawda odgrywają stare melodie, ale jakoś dobrze się ich ogląda. Problem mam z Dorocińskim, a konkretnie z tym, że jego rola zupełnie zlała mi się z jego występem jako Despero w Pitbull. Ostatni pies. Tutaj jednak pojawia się kolejny problem – co z tego, że aktorzy są udani, skoro dialogi, które muszą wygłaszać są często po prostu żenujące. Koszmarnie wyszły próby odtworzenia klimatu męskich odzywek z dwóch pierwszych części. Kiedy widzimy podstarzałych, życiowych przegrywów nadal trzymających się swojego twardzielskiego wizerunku, to żenadometr wyskakuje poza skalę. Jednak najgorsze są dialogi pojawiające się w wątku dotyczącym romansu Witkowskiego z pewną pracownicą stacji benzynowej. Tutaj poziom zaczyna spadać w okolicę kina Patryka Vegi, a widz ma okazję zobaczyć dowód na to, że sposób przedstawiania takich relacji trochę się zmienił od czasów pierwszych “Psów” i teraz wywołuje ciarki wywołane przez nagłe zstąpienie na ziemię ducha początku lat dziewięćdziesiątych.

Mam wrażenie, że bardzo chciałem polubić ten film, pomimo jego wszystkich niedociągnięć, ale w pewnym momencie musiałem się poddać.Psy 3 są zupełnie jak Franciszek Maurer – niepotrzebne w dzisiejszym świecie i służące jako przykład, że pewne rzeczy powinny pozostać w przeszłości, tam gdzie ich miejsce. Niech pierwsze dwie części służą jako symbol pewnej, szczęśliwie zakończonej epoki, a o trójce i tak niedługo nikt nie będzie pamiętał.

Uncut Gems 

Uncut Gems Adam Sandler

Drugi film braci Safdie nareszcie wylądował na Netlixie i potwierdza (po znakomitym Good Time), że to jedni z najbardziej frapujących reżyserów młodego pokolenia, którzy jeszcze sporo namieszają w amerykańskim kinie. Jak mało kto potrafią tworzyć obraz irytujący i wybijający ze strefy komfortu, a jednocześnie hipnotyzujący i niezwykle sugestywny emocjonalnie. Howard Ratner nie jest człowiekiem, którego łatwo polubić. Ten nowojorski jubiler to najgorszego sortu manipulant, oszust, notoryczny kłamca, a do tego patologiczny hazardzista. Wisi pieniądze połowie miasta i nie potrafi wyciągnąć wniosków z bezustannie popełnianych błędów. Nadzieją na odwrócenie jego złego losu ma okazać się pewna skała z drogocennymi opalami, która staje się obsesją gwiazdy NBA, Kevina Garnetta. Problem w tym, że spirala kłopotów (między innymi zadłużenie u mafii) Howarda znajduje się już poza jego kontrolą, a jego irracjonalne decyzje zdają się tylko oddalać go od celu. Do tego za każdym razem, kiedy pojawia się promyk nadziei na rozsądne wyjście z sytuacji, pokusa kolejnego ryzyka okazuje się o wiele silniejsza.

Uncut Gems Adam Sandler

Jak już wspomniałem, seans Uncut Gems to przeżycie bardzo nieprzyjemne i fascynujące naraz. Twórcy przez cały film robią wszystko, aby widz czuł się podobnie rozedrgany, jak główny bohater tej historii. Mało tu jest spokojnych dialogów, postaci raczej siebie przekrzykują, wchodzą sobie w słowo, a gdzieś z boku zazwyczaj pojawia się jakiś rozpraszający hałas. Do tego niepokojące ruchy kamery i odpowiednio podbijająca, i tak już wielki ładunek emocjonalny, ścieżka dźwiękowa. Osobna wzmianka należy się opisaniu wyjątkowemu aspektowi tego filmu, który zrozumie każdy, kto kiedyś choć chwilę miał do czynienia z hazardem. Znacie to uczucie, które pojawia się podczas odsłonięcia ostatniej karty przy ryzykownym zakładzie w pokera? Ta dziwna mieszanka strachu i podniecenia? Ostatnie pół godziny Uncut Gems zapewni Wam ją w stanie ciągłym. Do końca filmu nie mamy pojęcia czy ryzyko Howarda naprawdę się opłaci i podobnie, jak on nie jesteśmy w stanie usiedzieć w miejscu. Coś niesamowitego, co trzeba poczuć samemu, bo słowa tego nie oddadzą

Nie da się pisać o tym filmie bez zaznaczenia fenomenalnej głównej roli Adama Sandlera. Wiem, że dla wielu to wciąż trudne do uwierzenia, ale tutaj definitywnie udowadnia swoje aktorskie możliwości, które wystarczy podeprzeć odpowiednim scenariuszem i reżyserią. Wspaniale oddaje całe znerwicowanie i obłudę swojego bohatera. Pełno tu tików, małych gestów połączonych z wybuchami złości. Jednocześnie to rola wypadająca bardzo naturalnie, pozbawiona popisów na zasadzie “dawać mi tu tego Oscara”.
Uncut Gems to kolejny klejnot w coraz bogatszej filmografii wytwórni A24. Unikalne filmowe doświadczenie, które wytarga Was emocjonalnie i będzie siedzieć w głowie jeszcze kilka godzin po seansie. Nawet jeśli się Wam nie spodoba, to przynajmniej solidnie wkurzy. Ale na pewno nie pozostawi obojętnymi.