Kolejna edycja zbiorczych notek o filmach z fanpejdża. Bez żadnego konkretnego klucza, ale mam nadzieję, że komuś się przyda.

Good TimeGood Time Patison

Netflix zrobił nam miłą niespodziankę i dodał do swoich zbiorów świetny film, który ominął polskie kina. Dwóch braci, Connie i niedorozwinięty umysłowo Nick, bierze udział w nieudanym napadzie na bank, w skutek którego ten drugi trafia do aresztu. Targany wyrzutami sumienia Connie postanawia uratować swojego brata. Problem w tym, że każda podjęta przez niego próba oddala go od tego celu. Dziwny to jest obraz, zwłaszcza jak na fabułę zapowiadającą kryminał. Właściwie pozbawiony napięcia, cudownie wręcz się rozłazi, w efekcie czego otrzymujemy hipnotyzującego “snuja”. To jeden z tych filmów, w których główna fabuła gdzieś ucieka, ale my się tym nie przejmujemy, bo liczy się samo trwanie w oglądanie. Zaskakująco wyśmienita rola Roberta Pattinsona – wiem, że wielu go nie trawi, ale po tym filmie naprawdę można się do niego przekonać.

Strach na wróble

Strach na wróble Pacino

Jeden z najlepszych filmów z udziałem Pacino, który u nas nie jest chyba tak znany, jak na to zasługuje. Prosta historia o parze wyrzutków, która trafia na siebie przez przypadek i odnajduje wspólny cel w postaci marzenia o prowadzeniu własnej myjni samochodowej. To jedna z tych historii, w których od początku wiemy, że nie może skończyć się dobrze, ale i tak naiwnie w to wierzymy. To film ważny z perspektywy amerykańskiej kultury, bo dobitnie oznajmia koniec wielkiej kontestacji lat sześćdziesiątych i pokazuje, co się dzieje z buntownikami, którzy w końcu muszą się zatrzymać. Można go uznać za film drogi opowiadający o tym, co się dzieje, kiedy droga się kończy. Genialne role Pacino i Hackmana.

 

12 małp

12 małp bruce willis brad pitt

Trochę obawiałem się powtórki po latach, ale film okazał się tak samo zachwycający jak kiedyś. Wszystko w nim jest na swoim miejscu, od genialnego aktorstwa po duszną, bardzo sprytnie skonstruowaną, choć ostatecznie dość prostą fabułę. Jeden z lepiej skonstruowanych motywów podroży w czasie, który nie wchodzi w dziwne kombinacje. Paranoiczny klimat podkreślany przez świetny segment rozgrywający się w szpitalu psychiatrycznym. No i ten niepokojący główny motyw muzyczny. Piękne czasy, w których WIllisowi naprawdę chciało się grać, a Brad Pitt zaskakiwał tym, że wcale nie jest tylko kolejną ładną buźką, a bardzo utalentowanym aktorem. Co do reżyserii – nie ma chyba innego filmu Gilliama, w których ktoś tak trzymał go w ryzach i nie pozwalał na charakterystyczne dla niego szaleństwa i odchyły nie służące głównej fabule – tutaj wszystko jest jej podporządkowane, ale wcale nie przeszkadza to w odnalezieniu jego autorskiego sznytu. Jeśli jeszcze nie widzieliście, to koniecznie nadróbcie ten błąd, bo to jeden z najwybitniejszych filmów lat dziewięćdziesiątych, dzisiaj tak samo piękny i niepokojący.

 

Atak Paniki 

Atak paniki Żmijewski

Od zachwytów jestem daleki, ale to kawał solidnego kina z ciekawym pomysłem na siebie. Doceniam scenariusz składający się z krótkich historyjek, które łączą się z sobą w nieoczywisty sposób i mają zaburzoną chronologię – fajnie to się w trakcie filmu układa w głowie, więc plus za pobudzanie myślenia. Jednak największą zaletą tego obrazu jest fakt, że targające bohaterami nerwy udzielają się także widzowi – jako osobna łatwo się irytująca kilka razy miałem ochotę czymś rzucić w ekran. Zwłaszcza, że większość ludzi, których obserwujemy to prawdziwe złamasy. Pomaga w tym świetnie dobrana muzyka, która oddaje stany emocjonalne targającymi postaciami. Kolejny dobry debiut reżysera urodzonego w latach 80, oby tak dalej, a to właśnie to pokolenie może zmienić sytuację rodzimego kina na lepsze.

Anon

Anon Clive Oven

Idealny przykład “kina klasy N”. Zapowiada się wręcz super – Clive Owen wciela się w postać detektywa rozwiązującego sprawę hakowania świadomości w świecie, w którym wszyscy ludzie podłączenie są mózgami do sieci zwanej Ether. Pozwala to między innymi na zapisywanie wszystkich wspomnień, co bardzo ułatwia pracę policji. Na początku jest ciekawie, ale tak po dwudziestu minutach okazuje się, że twórcy nie do końca wiedzą co zrobić z fabułą filmu, która do końca wlecze się niemiłosiernie, a potencjał wizji ulatnia się w bardzo banalnych frazesach o wolności jednostki. Sam główny bohater jest pozbawiony jakiegokolwiek charakteru, co świetnie oddaje Owen choć możliwe, że po prostu nie chciało mu się grać. Duże rozczarowanie