W dzisiejszej odsłonie misz-maszu pozwoliłem sobie na lekki recykling i filmowe wspomnienia z końcówki zeszłego roku. Wśród opisywany tytułów “American Made”, “Imperium słońca”, “Morderstwo w Orient Expressie”, “Mroczna wieża” i “Zabicie świętego jelenia”.

American Made 

American Made Tom Cruise

Wybaczcie, że nie używam polskiego tytułu, ale oryginał lepiej oddaje treść. Zaskakująco dobrze wykonana, gorzka satyra na amerykańską politykę doby Reagana i bezrefleksyjny oportunizm. Akcja jest wartka, historia cholernie ciekawa, a elementy humorystyczne tylko podbijają absurd całej sprawy. Cruise w najlepszej formie aktorskiej od lat – to powrót do tego bezczelnego narwańca, na którym zbudował początek swojej kariery. Trochę śmieszne jest hasło promujące ten film “on ograł ich wszystkich”, bo nijak ma się do fabuły. Barry Seals to koleś, którego wszyscy wykorzystują jak chcą, a on korzysta z okazji i zarabia na tym dużo pieniędzy, nie ma tu mowy o jakimś niesamowitym przekręcie z jego strony. To taki Piszczyk doby rozkwitu karteli narkotykowych

 

Imperium Słońca 

Imperium Słońca

Czasami człowiek nie ma siły kombinować z wyszukiwaniem filmów i sięga po porządnego, amerykańskiego pewniaka, który spełni wszystkie podstawowe wymagania “dobrego kina”. A jak wiadomo Spielberg był w tym kiedyś prawdziwym mistrzem. Imperium Słońca to właśnie taki świetnie zrealizowany film z ciekawą fabułą, pięknymi zdjęciami i świetnym aktorstwem. Owszem dużo tu zagrywek w stylu “dajta no tego Oscara”, ale można mu to wybaczyć. Historia brytyjskiego chłopca żyjącego z bogatą rodziną w Szanghaju, do którego w 1942 roku wkracza japońska armia. W czasie zawieruchy bohater traci kontakt z rodzicami i w końcu trafia do obozu jenieckiego, w którym musi nauczyć się życia od podstaw. Tematyka osobistej tragedii w wielkiej historii została tutaj rozegrana w gorzko-słodki sposób i do pewnego momentu nie trąci zbytecznym patosem. Niestety, końcówka filmu nadrabia to z nawiązką i trudno nie czuć pewnego zażenowania natężeniem wzniosłych scen. Jednak pierwsze dwie godziny z całą pewnością warte są uwagi i rekompensują męczące pół godziny finału. Aktorsko świetny Malkovich, ale przede wszystkim młodziutki Christian Bale, który już wtedy wykazywał nieprzeciętny talent aktorski. Idealna pozycja do obejrzenia w jakiś świąteczny dzień z rodziną, która ma ochotę na wyżej wspomniane “dobre kino”.

 

Morderstwo w Orient Expressie

Morderstwo w Orient Expressie 2017

Moja opinia może być dość specyficzna, bo należę do tych pięciu osób na świecie, które nigdy nie czytały, ani nie oglądały adaptacji żadnej historii z Herkulesem Poirot w roli głównej – nie bijcie, ale klasyczne kryminały to nie jest do końca mój konik. Dlatego mogłem wynieść z tego filmu o wiele więcej rozrywki niż ludzie znający przebieg całej kryminalnej intrygi. Kolejna filmowa adaptacja jednej z najbardziej znanych książek Agathy Christie, to bardzo sprawnie zrealizowana produkcja, która jednak nie wyrasta poza poziom kinowego średniaka. Wrażenie robi przede wszystkim obsada, gwiazd na ekranie jest multum i każda z nich sprawdza się znakomicie. Mieszane uczucia mam natomiast do strony wizualnej, a konkretnie do pracy kamery. Twórcy musieli kombinować, jak urozmaicić dość stateczny i teatralny charakter całej opowieści, co czasami wychodzi ciekawie, ale często też wydaje się niepotrzebnym efekciarstwem. Szczerze mogę polecić film osobom, które podobnie jak ja nie znają już rozwiązania całej zagadki. O innych przypadkach trudno mi wnioskować.

Mroczna wieża 

Mroczna Wiezą 2017

Miałem zerowe oczekiwania. Oryginału nie czytałem, obsada zachęcała i miałem ochotę na prostą rozrywkę. Matthew i Idris starają się jak mogą, ale ten film jest po prostu nędzny. Wszystko wydaje się zrobione na kolanie, fabuła jest tak wypełniona kliszami jak się da, a postaci papierowe. Nie wykorzystano ani potencjału wieloświatu ani mistyczno-technologicznej otoczki. Film jest króciutki, więc nie ma czasu na tłumaczenie czym są te wszystkie rzeczy, które obserwujemy na ekranie. Trochę jakby ktoś wziął mniej udaną produkcję od Cannon Films i próbował zrobić z niej blockbuster. Nawet nie chcę sobie wyobrażać jak wydymani muszą czuć się fani Kinga.

 

Zabicie świętego jelenia

Nie będę nawet przybliża fabuły filmu, bo to jeden z tych przypadków, w które lepiej zanurzyć się bez wcześniejszego przygotowania. Takie podejście pozwoli Wam mocniej przeżyć jeden z najbardziej posranych obrazów tego roku. Yorgos Lanthimos ponownie tworzy świat, którego mieszkańców trudno nazwać prawdziwymi ludźmi – bardziej przypominają mechaniczne konstrukty, co podkreśla między innymi celowa sztuczność dialogów – świetnie oddaje to bardzo dobra obsada aktorska. Wizualnie hipnotyzujący, jednak nachalna metafizyka dla wielu (trochę ja) bardzo męcząca i zwyczajnie przynudzająca. Jeśli ktoś lubi eksperymenty i odjechane filmy, to powinien spróbować. Natomiast jeśli ktoś oglądał Lobstera i się od niego odbił, to może dać sobie spokój, bo tu tych dziwów jest jeszcze więcej.