Witam w kolejnym przeglądzie filmowym zebranym z wpisów na profilu Kusi na Kulturę. Tym razem wśród opisywanych produkcji “Bohemian Rhapsody”, “Fighter”, “Harry Angel” i “Król wyjęty spod prawa”.

Bohemian Rhapsody Bohemian Rhapsody queen

Podstawowym problemem filmowej biografii lidera Queen jest brak pomysłu, jak opowiedzieć tę historię w sposób, który choćby odrobinę odbiegał od typowego dla takich produkcji schematu. W końcu mowa tu o zespole, którego muzyka nie dała się zamknąć w żadnym szablonie, a eksperymenty były jej znakiem rozpoznawczy. Na temat oryginalności, wyjątkowości i pomysłowości mówi się tu bardzo dużo – szkoda tylko, że w samym filmie nie ma ich prawie w ogóle. To prawie dwie i pół godziny kolejnego odhaczania listy “przełomowe momenty dla zespołu i Freddiego”, a to jednak zostawia dużo niedosytu. Jest tu też pewien inny problem – dzieje Queen są zjawiskowe i robiące wrażenie, ale jako historia dramatyczna dość nudne, bo to pasmo kolejnych gigantycznych sukcesów. Oczywiste więc wydaje się, że twórcy powinni znaleźć więcej szaleństwa, albo w samej formie narracji, albo w pokazywaniu hedonistycznego trybu życia Mercury’ego. Tylko tutaj też wszystko jest bardzo grzeczne i spokojnie – niby jest coś o narkotykach, imprezowych maratonach i kolejnych partnerach, ale pokazane w taki sposób, aby nikt się przypadkiem nie oburzył. Oczywiście film broni się samą muzyką i przede wszystkim robiącymi duże wrażenie scenami koncertów (finał z Live Aid to naprawdę coś). A jak sprawdza się Rami Malek? Mam mieszane uczucia – z jednej strony wypada bardzo dobrze od strony fizycznej, płynność jego ruchów podczas wspomnianych koncertów i wystąpień potrafi zaskoczyć, jednak magia pryska, kiedy zaczyna mówić i zachowywać się bardziej ludzko. Po prostu go w tym fragmentach nie kupuję. Queen bardzo lubię, ale nie ubóstwiam, a i tak uważam, że zasługują na o wiele odważniejszy film. Więc naprawdę szkoda mi tych najbardziej oddanych fanów.

Fighter

Fighter Bale

Obejrzany ponownie, głównie dlatego, że uwielbiam to, co w tym filmie wyczynia Bale. To nie jest tylko typowe dla Hollywood “patrzcie jak zmieniłem swoje ciało, dawajta mi Oscara”, a genialna rola zbudowana z niezliczonej ilości niuansów i drobnych gestów. Jednak lubię ten film, bo to ciekawa historia o próbie wyrwania się z bagna swojego otoczenia z jednoczesnym zrozumieniem, że nigdy nie jest to możliwe do końca. Choć pamiętajcie, że ja wręcz perwersyjnie lubię historię o bokserach, bo to zazwyczaj ideał opowieści o sile woli i walce o lepsze jutro. Tutaj dodatkowo osadzone w klimacie whitetrashowych stanów. Marky Mark wiadomo – nie jest to aktor, który potrafi przeskoczyć granie samego siebie, ale tutaj akurat całkiem dobrze pasuje. No i oczywiście Amy Adams, która sama w sobie jest powodem , aby sobie ten film obejrzeć.

Harry Angel

Harry Angel Rourke

Gdy ktoś pyta mnie, czemu nie lubię serialowego Constantine’a i jak według mnie powinna wyglądać ekranizacja Hellblazera, wspominam o tym filmie, bo to jest właśnie ten klimat. Trochę przesadnie mroczny i demoniczny, choćby dzięki takim scenom jak De Niro obierający złowieszczo jajko, ale mimo to nadal niepokojący i straszny. Uwielbiam tę powoli popadająca w koszmar atmosferę wokół śledztwa detektywa mającego odnaleźć muzyka, który nie chce wywiązać się ze swojego kontraktu (klasyka w postaci duszy za talent i sławę). Klimat rodem z piekielnego Nowego Orleanu, w którym przoduje magia voodoo, a wszyscy sprawiają wrażenie, jakby też sprzedali duszę diabłu. No i oczywiście chodzące aktorskie zjawisko w postaci wczesnego Rourke’a. Film jedyny w swoim rodzaju.

Król wyjęty spod  prawa

Król wyjęty spod prawa

 

Dla mnie spory zawód – może dlatego, że poprzedni film McKenziego, czyli Aż do piekła  zrobił na mnie wstrząsające wrażenie, więc oczekiwałem sporo. A dostałem typowego historycznego “pokrzepiacza serc”  o tym, jak to szlachetni i dobrzy Szkoci pokonali złych i paskudnych Anglików. Historia stanowi w pewien sposób dopełnienie Bravehart i opowiada, co stało się po rebelii Williama Wallace’a. Tytułowy bohater, Robert I Bruce, rzucił wyzwanie przeważającym siłom Anglików i zaczął odbijać Szkocję dzięki niekonwencjonalnym taktykom wojennym. Film pokazuje aspekt bitewny całkiem ciekawie, ale woli się jednak skupiać na szlachetności i wspaniałości szkockiego wyzwoliciela. To sprawia, że jest on postacią strasznie nudną i papierową, przez co niezbyt chciałem mu kibicować. Podobnie zresztą jest z jego towarzyszami, których los był mi zupełnie obojętny. Jednak, pomijając te wszystkie aspekty, film warto obejrzeć dla wspaniałych widoków, kostiumów i kilku scen bitewnych. To taka średniowiecze, w którym panuje syf, brud, a walki zbrojne to jedna wielka rzeźnia. I za oddanie tej atmosfery twórcom należy się wielki plus. No i jeszcze jest oczywiście Chris Pine, na którego zawsze miło jest sobie popatrzeć. Nie lubiący historycznych klimatów nie mają czego tu szukać.