Dział, który powinien powstać na blogu już dawno temu – będę zbierał filmowe wpisy z Facebooka i umieszczał je piątkami w jednym tekście, co by nie zaginęły w pomroce dziejów. Na pierwszy rzut idą “Coś”, “Django”, “Dzika planeta”, “Hunt for the Wilderpeople” i “Sicario 2”.

Coś

Coś Kurt Russel

Niesamowite, że od premiery filmu Carpentera minęło już prawie czterdzieści lat, a pod względem klimatu i jakości wykonania nadal deklasuje większość współczesnej konkurencji. Najbardziej charakterystyczny jest tutaj oczywiście sam potrafiący przybierać dowolną formę potwór i jego obrzydliwy, nieludzki wygląd stanowiący popis umiejętności speców od efektów praktycznych. Jednak o wielkości tego filmu świadczy budowanie napięcia związanego z paranoją, która jest największym przeciwnikiem bohaterów. Walka z nieznanym, zupełne odcięcie od świata i narastające szaleństwo – atmosfera jest tu tak gęsta, że można ją kroić nożem. Film miałem przyjemność powtórzyć sobie na specjalnym pokazie w gdańskim porcie, co było dość niezwykłym doświadczeniem. Jeśli ktoś nie zna tej klasyki kina grozy, niech koniecznie nadrobi.

Django 

Django trumna

Spaghetti western skąpany w takiej dawce nihilizmu, że równie dobrze mógłby być filmem postapo. Do zrujnowanego przez wojnę między meksykańskimi rewolucjonistami a członkami Ku Klux Klanu (nazwa nie pada, ale wiadomo) miasteczka, w którym działa już tylko burdel, przybywa dziwny mężczyzna ciągnący za sobą trumnę. Django to złodziej, morderca i psychopata, ale paradoksalnie tylko on może przywrócić spokój w okolicy. Najbardziej imponuje tutaj klimat – piach, błoto i postępująca degeneracja spotykają się z dużą ilością cynicznego humoru wynikającego ze świadomego przerysowania przemocy i scen akcji. Do tego hipnotyzujące głos i spojrzenie Franco Nero. Co prawda, w drugiej połowie filmu pada trochę tempo, ale nadal jest to nad wyraz satysfakcjonujący seans.

 

Dzika planeta 

Dzika planeta

Czasami człowiek trafia na film, po którym zastanawia się, czemu nigdy wcześniej na niego nie trafił. Tak miałem właśnie z seansem surrealistycznej animacji z lat siedemdziesiątych, w której palce maczał między innymi Roland Topor. To opowieść o planecie zamieszkałej przez wysoko rozwiniętą rasę niebieskich istot o czerwonych oczach, dla których ludzie (tutaj nazywani Omami) stanowią niegroźnie i mało znaczące zwierzątka (porównywalne do tego, jak ludzie traktują gryzonie) – te dzikie są eksterminowane, ale udomowione stanowią miłą rozrywkę dla najmłodszych. Głównym bohaterem jest Om, który przez bliskość ze swoją opiekunką zaczyna zdobywać zakazaną dla niego wiedzę. Dzika planeta wypełniona jest niesamowitymi wizjami charakterystycznymi dla specyficznej odmiany mistycznej fantastyki uprawianej choćby przez Moebiusa i Jodorowskiego. Objawia się to między właśnie w sprowadzeniu ludzi do istot podrzędnych, ale także do zupełnej obcości kultury niebieskich istot. Do tego dochodzi specyficzna, oparta na wycinankach i dość niemrawa animacja oraz eksperymentalna muzyka. To jeden z tych filmów, które zasiewają trudny do opisania wewnętrzny niepokój, pozostający gdzieś z tyłu głowy.

 

Hunt for the Wilderpeople

hunt for the wilderpeople

Obejrzany ponownie upewnił mnie w przekonaniu, że jest idealnym feel good movie. Wariacja na temat klasycznej historii starszego zgorzkniałego mężczyzny podróżującego z młodym, pełnym werwy chłopakiem. Zupełnie do siebie nie pasujący, skrzywdzeni przez los z czasem uczą się nawzajem obchodzenia z innymi ludźmi. Taika Waititi okrasił ją typowym dla siebie humorem i ironią, które sprawiają, że film nigdy nie zbacza w zbyt przesłodzone rejony. Do tego dochodzi świetnie aktorstwo i przepiękne zdjęcia dzikich terenów Nowej Zelandii. Jeśli ktoś jeszcze nie widział, to niech koniecznie nadrobi, bo rzadko zdarzają się tak pozytywne produkcje. A jeśli ktoś ma antysystemowe ciągotki, to będzie wniebowzięty. Do obejrzenia na Netflixie.

Sicario 2. Soldado

Sicario 2

Na wstępie warto zaznaczyć, że należę do tych osób, którym pierwsze Sicario bardzo się podobało (ogólnie lubię kino Villeneuve’a), ale jednocześnie nie oczekiwałem, że sequel mu dorówna. Wiadomo było, że tym razem balans historii zostanie przeniesiony na sensacyjną część opowieści, a tajemniczy urok postaci granych przez Del Toro i Brolina gdzieś ucieknie. I tak się stało, ale na szczęście nie przeszkadza to aż tak mocno w odbiorze. Właściwie największym problemem jest tu scenariusz, który miota się w wiele stron naraz, by na końcu wybrać kilka naprawdę durnych rozwiązań fabularnych. Jednak nie o historię tutaj chodzi, a o pewien specyficzny klimat znany z jedynki, którzy autorzy dwójki umiejętnie kopiują. Bardzo dobra praca kamery wypełniona ciekawymi ujęciami w akompaniamencie przedłużanych dźwięków sprawiają, że przygraniczny Meksyk ponownie wydaje się odrealnioną krainy z piekła rodem. Gdy dodać do tego ponownie świetne występy dwójki głównych aktorów, Soldado okazuje się zaskakująco dobrym widowiskiem, zwłaszcza jeśli jesteśmy w stanie przeżyć idiotyzmy scenariusza. Natomiast jeśli Sicario komuś się nie podobało, to w dwójce nie ma czego szukać.