GLOW to serial wesoły, kolorowy i odwołujący się do estetyki lat osiemdziesiątych. Jednak w tym całym kiczowatym szale udało się zawrzeć ciekawe przesłanie. 

Wrestling to zjawisko egzotyczne i mało zrozumiałe dla mieszkańców naszego kraju. Owszem, pokolenie dzisiejszych trzydziesto i czterdziestolatków załapało się na lekką fascynację tym fenomenem, dzięki transmisjom WCW na Polsacie w latach dziewięćdziesiątych. Hulk Hogan, Goldberg czy późniejszy aktorski ulubieniec The Rock mignęli przez naszą świadomość, ale to wystarczyło, aby zaszczepić w nas pewne uwielbienie do tej dziwnej mieszaniny sportu i cyrkowego przedstawienia. Wrestling pozostał czymś pociągającym i w pewien sposób tajemniczym. Nic dziwnego, że takie seriale jak GLOW od razu przykuwają uwagę widzów. Zwłaszcza, że w tym wypadku mowa o czymś jeszcze bardziej nieznanym, czyli damskiej odmianie zapasów.

GLOW to podróż do lat osiemdziesiątych

GLOW Dzwon Wolności

GLOW przenosi nas do najbardziej przaśnej i przesadzonej dekady w historii popkultury, a mianowicie lat osiemdziesiątych zeszłego stulecia. Pewnie część od razu pomyśli “O nie, znowu to szastanie nostalgią” i będzie miała całkowitą rację, choć tutaj na szczęście skrywa się za nią coś więcej, ale o tym napiszę później. Główną postacią serialu jest Ruth – niespełniona aktorka, która od dziesięciu lat bezskutecznie próbuje zaistnieć w showbiznesie. Przypadek sprawia, że jej jedyną nadzieją okazuje się tytułowy program telewizyjny (Goergous Ladies of Wrestling), który ma być nadawany w niezbyt dobrze prosperującej telewizji. Wśród obsady znajduje się naprawdę barwna zbieranina dziwaczek i wykolejeńców, która pozornie nie nadaje się do takiego przedsięwzięcia. Biorąc uwagę, że za ich poprowadzenie odpowiedzialni są uzależniony od koksu reżyser horrorów klasy Z oraz rozpieszczony syn milionerki, sprawa wydaje się z góry skazana na porażkę.

GLOW ekipa

GLOW utrzymane jest utrzymane w luźnej, komediowej konwencji, która przeplatana jest z osobistymi dramatami wszystkich bohaterów. Większość czasu obserwujemy absurdy związane z przygotowaniami do tytułowego programu, ale znalazło się miejsce dla zaskakująco wielu wątków obyczajowych. To typowe “okruchy życia”, czyli romanse, kłopoty z rodziną czy problemy z dostosowaniem się do społeczeństwa. Sporo osób narzeka, że w porównaniu do wrestlingowej otoczki są one nudne, ale ja uważam, że w ten sposób zyskujemy galerię postaci z krwi i kości, którym chcemy kibicować. To jednocześnie bardzo krzepiąca opowieść o ludziach znajdujących swoją godność i wiarę w siebie w show, które wydaje się tylko cyrkowym popisem.

GLOW walka

Wspomniałem wcześniej, że sentymentalny klimat serialu można traktować dwojako. Owszem jest w nim wszystko, co jest ciepło wspominane i pocieszne – napuszone fryzury, pstrokate kolory, neony i wszystkie tego typu estetyczne elementy. Z drugiej jednak strony GLOW bardzo sprytnie pokazuje, jak bardzo od tego czasu zmieniło się nasze podejście do pewnych spraw. Większość postaci, w które wcielają się nasze bohaterki to chodzące stereotypy: jest demoniczna obywatelka Związku Radzieckiego, arabska terrorystka, czarnoskóra Królowa Zasiłków. Do tego dochodzi ogólny seksizm, seksualizacja kobiet i wiele innych czynników, które uosabia wcześniej wspomniany reżyser, Sam Silvia. Dla mnie to w pewien sposób ucieleśnienie tego jak powinno wykorzystywać się niepoprawność polityczną – w celu ukazania jej absurdów i pokazania, że nie w przeszłości nie wszystko było tak kolorowe, jak stylistyka serialu.

GLOW ogląda się błyskawicznie

GLOWE biba

GLOW to niepozorna perełka, która jest o wiele inteligentniejsza niż mogłoby się to na początku wydawać. Serial idealnie łączy w sobie wątki komediowe z dozą dramy i niezbyt nachalnym przekazem. Dla wielu jego niewątpliwą zaletą może być długość – sezon składa się z dziesięciu odcinków, które trwają od dwudziestu pięciu do trzydziestu minut, co sprawia, że spokojnie można go obejrzeć w czasie dwóch posiedzeń.