Jedną z największych zmor seriali jest ich nieustanne przedłużanie, zazwyczaj tylko po to, by wyciągnąć jeszcze trochę mamony z popularnej produkcji. Z tego powodu niejedna kiedyś wybitna seria zmieniła się w parodię samej siebie. Czasem zdarza się jednak, że zabieg taki potrafi nadać jej drugie życie. Tak jest właśnie w przypadku “Homeland”.

Uwaga! Tekst odnosi się do piątego sezonu serialu, więc zawarte są w nim potężne spoilery, które mogą popsuć przyjemność z oglądania wcześniejszych odcinków. Czujcie się ostrzeżeni.

Czwarty sezon “Homeland” długo znajdował się u mnie na półce podpisanej “nigdy tego nie tknę nawet kijem”. Powód był dość prosty: serial opowiadał pewną historię, która miała swoje ewidentne zakończenie w finale trzeciego sezonu. Śmierć Brodye’go pozbawiała sensu resztę wątków, więc każdą potencjalną kontynuację uznawałem za perfidne eksploatowanie trupa. Po jakimś czasie zaczęły docierać do mnie bardzo pochlebne opinie o czwartym sezonie, ale twardo nie dawałem im wiary. Jednak nadszedł czas Bożego Narodzenia, który jest dla mnie okresem intensywnego wchłaniania wytworów kultury. I jakoś tak wyszło, że postanowiłem dać twórcom “Homeland” jeszcze jedną szansę. Decyzja okazała się wyjątkowo udana, bo już po pierwszym odcinku nie mogłem się oderwać.

Paradoksalnie, śmierć jednego z dwójki głównych bohaterów pozwoliła scenarzystom na zupełnie nowy start. Trzeba przyznać, że ciągnięty przez trzy sezony wątek pod koniec mocno już podśmiardywał. Dodatkowo, w końcu zniknęła z serialu rodzina rudego wojaka, w skład której wchodziły jedne z najbardziej irytujących postaci w historii telewizji. Świetnym ruchem okazało się także przeniesienie pani Mathison do Pakistanu, w sam środek akcji CIA, czyli w środowisko, w którym spisuje się najlepiej. To znacząco zmieniło charakter serialu i przeniosło jego ciężar w stronę rasowego thrillera szpiegowskiego. Całość nabrała o wiele większego dynamizmu i skupiła się na akcji, w tyle pozostawiając psychologiczne rozterki bohaterów. Wbrew pozorom, zmiana ta tylko pomogła, bo większość postaci w “Homeland” to banda bubków, o których nie chcemy za dużo wiedzieć. Dużo dobrego fabule dało także to, że twórcy postanowili zmienić system jej prowadzenia. Czwarty sezon stanowił zamkniętą całość związaną z jedną, konkretną akcją. Umieszczenie całej historii w trzynastu odcinkach pozwoliła nadać jej odpowiedni wymiar, bez konieczności silenia się na część dalszą.

saul

Saul i jego broda wracają.

Tym razem scenarzyści postanowili uderzyć z grubej rury i oprzeć fabułę nowego sezonu na wątkach nawiązujących do obecnej sytuacji na świecie. Tak, w piątym sezonie “Homeland” pojawia się wątek ISIS i wojny domowej w Syrii. Trzeba przyznać, że to odważne posunięcie, a twórcy nie boją się bezpośrednich komentarzy i poruszania lęków związanych z problemem uchodźców z krajów muzułmańskich. Już po pierwszym odcinku można się spodziewać, że nie zabraknie mocno kontrowersyjnych momentów. Warto zwrócić uwagę na dość spory skok w czasie jaki miał miejsce w samej akcji serialu. Przenosimy się o dwa lata względem poprzedniego sezonu, co pozwala odnaleźć bohaterów w nowych sytuacjach. Carrie mieszka z córką i chłopakiem w Berlinie, nie pracuje już jako agentka CIA tylko szef ochrony pewnego multimilionera. Jednak Szybko okazuje się, że wojna wywiadów toczy się na wielu frontach i niestabilna przychylnie agentka znowu stanie się w niej istotnym pionkiem. Na razie gracze dopiero rozstawiają figury na szachownicy, wykonując pierwsze spokojne ruchy, ale coś wisi w powietrzu i już po zakończeniu odcinka od razu chcemy wiedzieć co będzie dalej. A od takiego serialu nie trzeba chcieć więcej.