Gry komputerowe są najgorsze – nie ma na świecie nic bardziej irytującego. Poniżej pierwsza odcinek listy ich najbardziej frustrujących elementów.

Gry komputerowe to medium wyjątkowe z wielu względów, ale jedną z ich najbardziej niesamowitych cech, jest umiejętność wzbudzania wyjątkowo ambiwalentnych uczuć. Każdy gracz zna doskonale tę nieskończoną otchłań frustracji, w jaką może zmienić się obcowanie nawet z najlepszymi tytułami. Bardzo rzadko zdarzają się tytuły, które można przejść choćby bez jednej myśli o rzuceniu tego wszystkiego w pizdu. Sposobów, na jakie gry mogą wywołać w nas furię są tysiące i często ograniczają się do grzechów unikalnych dla konkretnej pozycji. Jednak istnieje też całkiem pokaźna lista irytujących growych mechanik/urozmaiceń, które w większości przypadków są implementowane w sposób wołający o pomstę do nieba. I właśnie tym przyjemnostkom poświęcony będzie ten cykl. Z góry zaznaczę, że niektóre z opisywanych aspektów ma oczywiście szlachetnych przedstawicieli, ale nie o nich tym razem mowa.

Jak owce na rzeź, czyli opieka nad amebą

Opiekowanie się towarzyszem kierowanym przez AI, to jeden z największych growych koszmarów, jakie mogę sobie wyobrazić. Rozwój technologii sprawia, że nie jest to tak irytujące, jak bywało dawniej, ale niechęć nadal pozostaje. Głównym problemem w tym wypadku jest zazwyczaj beznadziejnie oskryptowanie chronionej postaci. Ile razy wydawało mi się, że robię wszystko jak trzeba tylko po to, aby zaraz zobaczyć informację o przerwaniu misji z powodu śmierci towarzysza. Tylko dlatego, że to ciele pobiegło samo w ręce zagrożenia, albo w gorszych przypadkach zablokowało się i próbowało przejść przez ścianę. Jednym z koronnych przykładów jest tutaj bronienie Emmy Emmerich w Metal Gear Solid 2. Było to tym bardziej okropne, że Kojima postanowił połączyć genialne pomysły i kazał nam zejść z nią pod wodę, a do tego (bo to MGS) zachowywać się cicho. Niezbyt chlubnym przykładem są też gubiący się towarzyszę w GTA: San Andreas, którzy potrafili postanowić, że stanie w miejscu jest ciekawszą rozrywką niż podążanie za naszą postacią. Najbardziej w tego rodzaju zagrywkach projektantów denerwuje mnie to, że tracimy jakiekolwiek poczucie kontroli nad grą i jesteśmy skazani na widzimisię cyfrowej ameby.

metal gear solid 2

Odpowiedzi szukaj, czasu masz niewiele

Nie jestem pewien, czy istnieje chociaż jedna osoba, która na widok pojawiającego się na ekranie zegara zaczyna odczuwać ekscytację. Jednak z jakiegoś powodu twórcy gier od prawie samego początku stwierdzają, że to super element podbudowujący napięcie. Zwłaszcza jeśli chodzi o produkcje, które normalnie nie narzucają żadnego tempa. W walce z irytacją nie pomaga także to, że zazwyczaj czasu na wykonanie danej czynności dostajemy na styk. Mało rzeczy w życiu jest tak frustrujące, jak spóźnienie się o dwie sekundy, po raz któryś z rzędu. Zazwyczaj kończy się to tak, że w graczu wyrabia się odruch ponownego załadowania gry nawet po najmniejszym błędzie, bo już wie, że jego dalsze starania i tak na nic się już nie zdadzą.

bomba

Chlup i dajemy nura!

Od kiedy pamiętam, szczerze nie cierpię momentów, w których jakaś platformówka albo gra TPP każe nam zejść pod wodę. Chyba zaczęło się od starych Mario i tych cholernie nieintuicyjnych zachowań zanurzonego hydraulika. Dziwne, spowolnione ruchy, które zawsze ciężko wyczuć. Jednak prawdziwa nienawiść przyszła wraz z pierwszymi Tomb Raiderami. Wejście pod wodę w takich grach kojarzy mi się zazwyczaj z dwoma rzeczami: utraty orientacji oraz włączonym odliczaniem aka uciekającym powietrzem, co razem łączy się w bombę frustracji. Jednak z jakiegoś powodu w prawie każdej grze TPP musi pojawić się choćby kilkuminutowy fragment podwodny. Ile razy nurkując w jakiś ciemnych jaskiniach nie zdążyłem wypłynąć na czas, bo skierowałem postać w złą stronę, nawet tego nie zliczę. A już nie chcę zbytnio wspomnieć o wspaniałych pomysłach typu podwodna walka z jakimś rekinem za pomocą harpuna. Ogólnie jestem za tym, by nurkowanie w grach zakazać jakąś ustawą.

mario woda

Przynieś, zanieś, pozamiataj.

To głównie bolączką gier crpg (szczególnie tych sieciowych), ale w innych gatunkach także zdarza się ich doświadczyć. Każdy zna to wspaniałe uczucie, kiedy rozpoczyna się swoją epicką przygodę i okazuje się, że na początku wszyscy traktują Cię jak zwykłego szmaciarza. Czekasz na swoje pierwsze pojedynki i ekscytujące eksploracje mitycznych krain? Hola hola, najpierw spędzisz kilka godzin biegając od miejsca do miejsca nosząc przesyłki, zbierając zioła i odnosząc czyjeś brudne gacie. I zazwyczaj będziesz do tego zmuszony, bo gra została zaprojektowana tak, że to jedyny bezpieczny sposób na zdobycie doświadczenia i ekwipunku. A najgorsze jest to, że to wszystko jest zazwyczaj chamskim wypełniaczem czasu mającym sztucznie podnieść wrażenie mnogości dostępnych zadań.  Myślałeś, że będziesz ratował świat, ale najpierw czeka kariera listonosza. Nikt nie mówił, że w grach od razu musi być fajnie.

Everquest

To na razie tyle, bo same wspomnienia sprawiają, że mam ochotę wyrzucić klawiaturę za okno. Ale nie bójcie się, gry komputerowe są najgorsze, więc spodziewajcie się niedługo kolejnej odsłony kącika nienawiści.