Co tu dużo mówić – jesteśmy po prostu zachwyceni nową częścią Mad Maxa. Jednak nie chcemy zanudzać Was wzajemnym potakiwaniem, dlatego też spróbowaliśmy zrozumieć, co może kierować ludźmi, którzy wychodzili z kina wielce niezadowoleni.

Polka: Po nowym “Mad Maxie” spodziewałam się naprawdę dynamicznego filmu, wypełnionego w większości pościgami wzdłuż i wszerz pustyni. Liczyłam na wyrazistego głównego bohatera i nienajgorsze postaci drugoplanowe. Otrzymałam jednak coś innego. George Miller zaserwował mi petardę, jakiej dawno nie było – psychopatyczna narracja, dzikie tempo (cudownie wyeksponowane w montażu). Może nie psychologicznie pogłębione, ale nadal szalenie ciekawe postaci. Nie mniej interesująca historia. Dawno nie wyszłam z kina tak usatysfakcjonowana.

Kajetan: Zgadzam się z Tobą w stu procentach. Myślałem, że zobaczę po prostu dobrego akcyjniaka, a zobaczyłem coś naprawdę odjechanego. Miller proponuje nam filmowe szaleństwo, którego od dawna nie było na ekranie. “Mad Max: Na drodze gniewu” jest dla mnie filmem na wskroś nowoczesnym, a jednocześnie cudownie staroszkolnym. Jednak by nie zanudzać wzajemnym potakiwaniem, może zastanowimy się, co mogło nie podpasować ludziom, którzy w trakcie seansu wychodzili z kina?

MadMaxTrailer

Polka: Zabawne, że częściej słyszałam negatywne opinie dotyczące filmu od męskiej części widowni. Można więc chyba wnioskować, ze wyraźnie feministyczny wątek im nie podpasywał. Tutaj babki są głównymi badassami. To nie jest sposób reprezentacji powszechny w kinie. Choć dziwi mnie, że dla kogoś mogło to być kontrowersyjne, w internecie można spotkać się z komentarzami na ten temat. A twoja męska duma została urażona? : P

Kajetan: Jakoś nie zwracałem na to uwagi i zupełnie nie rozumiem tego problemu, ale może po prostu już zostałem zmielony przez nowe zachodnie standardy. Jeśli chodzi o męskie narzekania, to natomiast słyszałem, że panowie zdążyli się opatrzeć wybuchami i efektami na ekranie i nie robią one już na nich wrażenia. Brzmi to jak niezła bufonada, bo owszem rozumiem, że dzięki produkcjom Marvela można się z wybuchami opatrzeć, ale tylko jeśli robione są komputerowo. W nowym “Mad Maxie” strasznie podobało mi się, że pełno w nim starej dobrej pirotechniki i kaskaderki. Nie trzeba być filmowym znawcą, by to zauważyć. Już nie wspominając tego, jak to wszystko zostało zmontowane. Wydaje mi się, że dzieło Millera może czekać taki los jak chociażby “Terminatora 2” – latka lecą, a on nadaj robi duże wrażenie, między innymi dzięki montażowi właśnie.

Polka: Może niektórym nie wystarcza złoty środek. Dla mnie wyważenie między wykorzystaniem nowych technologii, a oldskulowym klimatem czyni ten film jeszcze ciekawszym. Tak samo jak równowaga między efekciarstwem i rozwałką, a warstwą fabularną filmu. Niektórzy narzekają na brak polotu, naiwność historii, jaką oglądamy. Że schemat “jedziemy w jednym kierunku – zmieniamy zdanie – jedziemy z powrotem – koniec” jest zbyt uproszczony. Ale Miller tworzy taki model świata. Społeczeństwo w nim opiera się w nim na pierwotnych potrzebach, to i po co miałoby się tworzyć bardziej skomplikowaną narrację. Doceniam prostotę i konsekwencję. Poza tym nie uważam, żeby fabuła była aż tak płytka. Na bardzo prostym poziomie, ale nadal o coś tam chodzi. Pewne wartości nie umykają.

maxiu

Kajetan: Ludzie spodziewający się bardziej skomplikowanej fabuły powinni wyjść już po pierwszej wypowiedzi Maxa, która tłumaczy, że to świat gdzie wszyscy zwariowali, a ich życie ograniczone jest do przetrwania. Zresztą Miller jest w tym konsekwentny, bo stary “Mad Max II: Road Warrior” też opierał się na bardzo podobnym schemacie. Mi się podobała pod względem prostoty zwłaszcza pierwsza ćwiartka filmu, w której nikt sobie nie ufa, a sam główny bohater miota się jak dzikie zwierzę mające na celu tylko ucieczkę przed niebezpieczeństwem. Dopiero potem pojawiają się jakiekolwiek prześwity ludzkich uczuć. Ale widza nie do końca one obchodzą, bo o wiele ciekawsza jest galeria naprawdę pokręconych mieszkańców pustkowi. Takich zwyrolów nie widzieliśmy w kinie od dawna. Która pokraka zrobiła na Tobie największe wrażenie?

Polka: Najciekawszy był chyba obraz grupy wojowników, beznadziejnie zapatrzonych w Joe’go. Ich dzikość, okrzyki, totalne otumanienie i ślepa wiara były wstrząsające. Najbardziej rozbudowaną emocjonalnie historię w tym wszystkim pokazuje nam się oczywiście przez Nuxa, flagowego reprezentanta tej grupy. Nicholas Hoult jest w tej roli znakomity. Nawet jeśli konstrukcja jego postaci nie jest nowatorska. Bo przecież możemy mnożyć filmowych bohaterów, których gorliwa wiara w jakieś idee zostaje wystawiona na próbę i ulega radykalnej zmianie. Ucieszyło mnie, że tytułowy Max nie jest w zasadzie wystawiony w oczywisty sposób na pierwszy plan. Tom Hardy gra bardzo oszczędnie,  jednocześnie dając z siebie wszystko – wystarczy obejrzeć materiały z planu . Do samego końca przecież jest w cieniu, gdzieś z boku.

Kajetan: W tym co dzieje się z tytułową postacią widać, że scenariusz wcale nie jest taki bezmyślny, a dość mocno igra z widzem. Na początku wydaje się, że wchodzimy w znany schemat: samotny wędrownik zostaje pojmany i trafia do totalitarnej społeczności, dla której może być ostatnią nadzieją. Tyl, że tak się nie dzieje, Max trafia na wolność dużym fartem, a i tak zależny jest od innych. Podobał mi się zabieg, że scena, w której Max okazuje się prawdziwym kozakiem, nie jest w filmie pokazana (skojarzyło mi się to z końcówką “Desperado”). Jeśli chodzi o grę Hardy’ego, to muszę powiedzieć, że z każdym filmem jestem jego coraz większym fanem. To aktor, który radzi sobie doskonale zarówno w akcyjniakach jak i kameralnych dramatach takich jak “Locke”. Zresztą cała obsada spisała się na szóstkę.

Polka: Tym bardziej, że zdjęcia do filmu nie należały do najłatwiejszych. Tylko 20% efektów w filmie jest wygenerowanych komputerowo. Te wszystkie wybuchy i kaskaderskie wyczyny w dużej mierze musiały być kręcone tu i teraz. Materiał, z którego ostatecznie zmontowano film trwa ponad 480 godzin. George Miller musiał dać niezły wycisk całej ekipie. Podobno jego wizja była przy tym bardzo spójna i przemyślana, doskonale wiedział co robi. Poważne rozmowy o realizacji czwartego Mad Maxa trwały już od 2003 roku. Ale dobrze, że reżyser nie spieszył się z produkcją. Wydaje mi się, że to wyczekanie jest odczuwalne w tym filmie. Dzięki temu z większym zrozumieniem Miller pokazuje nam nie taką znowu od czapy wizję przyszłości.

Kajetan: Wrażenie robi zresztą sam wiek reżysera. Miller w tym roku skończył siedemdziesiąt lat, czyli jest w wieku, w którym sporo reżyserów kończy kariery albo przerzuca się na spokojniejsze filmy. Uważam za uroczy fakt, że starszy pan, który w ciągu ostatnich dwóch dekad zrobił tylko “Babe: Świnke w mieście” i dwie części “Happy Feet” powraca i pokazuje młodzikom jak wygląda prawdziwe filmowe szaleństwo.

Polka: Spełniony sen wariata. A przed nami kolejne dwa. Czy Millerowi uda się znowu nas zaskoczyć? Nie wiem. “Fury Road” jest jednak dobrym punktem wyjścia dla stworzenia spójnego uniwersum. Może wcale nie będziemy potrzebować niespodzianek, żeby dać się w ten zwariowany świat wciągnąć i ponownie wyjść z kina zadowolonym.

max beka