The Disaster Artist to film równie dziwny, co historia, którą opisuje. Z jednej strony komedia naigrawająca się z fenomenu “The Room”. Z drugiej zaś opowieść o przyjaźni i sile marzeń. Problem w tym, że ten drugi element wyszedł twórcom odwrotnie niż zamierzali. 

Kajetan: Myślę, że na początek rozmowy o The Disaster Artist trzeba zadać sobie jedno podstawowe pytanie: jak myślisz, czy ten film można oglądać nie znając wcześniej The Room? Czy James Franco nie stworzył hermetycznego kina od kumatych dla kumatych?

Polka: To była jedna z moich pierwszych myśli po seansie – czy film Jamesa Franco ma szansę obronić się przed widzem, który zupełnie nie zna kontekstu. Chętnie porozmawiałabym z osobą, która nie widziała wcześniej The Room. Zastanawiam się też ilu takich widzów w ogóle do kina się wybrało. Mogę gdybać, że The Disaster Artist dla takiego odbiorcy będzie opowieścią o realizowaniu marzeń mimo wszystko, o tym że prawdziwa miłość do kina jest w stanie przenosić góry i może być podstawą pięknej braterskiej przyjaźni. Jeśli jednak widzowie wychodzą z The Disaster Artist tylko z taką myślą, to jak dla mnie coś poszło nie tak…

Bracia Franco Disaster Artist

Kajetan: Ciekawi mnie też, ile humoru zawartego w filmie trafiłoby do nieznającej kontekstu osoby. Jednak trzymając się na razie tematu przyjaźni i  wiary w marzenia. To z The Disaster Artist jest trochę, jak z Edem Woodem Tima Burtona – niby przesłanie o sięganiu po gwiazdy bez patrzenia na innych jest ładne, ale to wszystko wygląda ładnie tylko na kinowym ekranie. Na początku filmu widzimy parę znanych komediowych postaci, które mówią, że bardzo chciałyby wziąć udział w takim przedsięwzięciu. Myślę jednak, że praca na planie The Room musiała przypominać koszmar, w którym nikt nie wiedział o co chodzi. Ale to akurat zostało trochę pokazane. A jak podobało Ci się przedstawienie samego Tommy’ego Wiseau?

Polka: Urzekła mnie aktorska kreacja Jamesa Franco – to na pewno. (W ogóle świetna obsada jest niezaprzeczalnym atutem tej produkcji!). Jeśli natomiast chodzi o rysowanie postaci Tommy’ego to mam już mały zgrzyt. Twórcy starają się wyważyć bohatera prezentując jego dobre i złe strony, natomiast “at the end of the day” Wiseau zostaje pokazany jako ucieleśnienie amerykańskiego marzyciela, ekscentrycznego bohatera, z którym powinniśmy sympatyzować. Tak przynajmniej odbieram intencje Jamesa Franco. Mi natomiast w trakcie seansu towarzyszyła myśl, że główny bohater jest raczej typem beztalencia, który działa jedynie w myśl zasady: bo mnie stać, poniża swoich współpracowników, nie wiadomo skąd bierze tę kupę forsy i budzi raczej mój niesmak czy wręcz strach niż sympatię.

The Disaster Artist - biedna ekipa filmu

Kajetan: Dodatkowo obserwujemy go z perspektywy innego niezbyt utalentowanego osobnika. Z jednej strony Tommy jest dla Grega prawdziwym darem losu, bo tylko dzięki niemu ma szansę na zrobienie czegokolwiek ze swoim życiem. Jednak okazuje się, że ta wspaniała przygoda szybko zaczyna być problematyczna, a sama przyjaźń z Tommym osiąga szczyty toksyczności. Ostatecznie Greg zostaje osaczony i nie potrafi trzeźwo spojrzeć na swoją sytuację. Można by z tego wyciągnąć ciekawą lekcję o ludziach posiadających za dużą charyzmę.

Polka: Przyjaciel, z którym oglądałam film, po wyjściu z kina odnalazł ciekawą analogię. Tommy chciał zrobić poruszający dramat, a wyszła mu komedia. James Franco chciał nakręcić hołd dla prawdziwego marzyciela, a wyszła mu gorzka opowieść o dyletancie, toksycznych relacjach i obrzydliwościach przemysłu filmowego. Ale żeby nie było, że mam takiego kija w dupie – było mnóstwo momentów, w których na prawdę świetnie się bawiłam i zacieszałam razem z całą widownią. Myślę, że przed The Disaster Artist może rysować się ciekawa przyszłość na wszelkiego rodzaju festiwalach, pokazach związanych z kinem kultowym, itp.. Bo to nadal porządny film ze świetną obsadą, zrobiony przez fanów dla fanów.  

Kajetan: No właśnie, pamiętajmy jednak, że to przede wszystkim komedia i większość z nas wybrała się na ten film, bo miała ochotę trochę się pośmiać. Obawiałem się, że Franco pójdzie w stronę zbyt dużego fanservice i otrzymany spektakl ciągłych nawiązań do scen z The Room. Owszem tych jest sporo, ale zostały całkiem dobrze wymieszane z o wiele bardziej uniwersalnym humorem. Dużo w tym komedii pomyłek, satyry na nieporadnych filmowców czy zwykłego slapsticku. W tej warstwie film powinien trafiać także do laików w temacie twórczości Tommy’ego Wiseau. Ciekawym przeżyciem musi być minimaraton w postaci seansu The Room poprzedzającego The Disaster Artist. Zdecydowałabyś się na takie karkołomne wyzwanie?

The Disaster Artist

Polka: W odpowiednich okolicznościach przyrody jak najbardziej. Koniecznie z michą popcornu, piweczkiem i dobrym towarzystwem.  

Kajetan: W tej lakonicznej wypowiedzi znajduję sporo prawdy o samych wrażeniach płynących z seansu. Oglądając film nie da się nie zauważyć, jak wielką zabawą dla Franco i jego ekipy musiało być sama praca na planie zdjęciowym. Wyobrażam sobie, że niejednokrotnie po zdjęciach siadali sobie z Sethem Rogenem, pili piwko i palili blanty, mając niewyobrażalną radochę z tego, że udało im się wziąć udział w tak absurdalnym projekcie. To dla mnie największe przesłanie tej produkcji: świat kina jest pełen dziwaków i niesamowitych historii, od samego swojego początku. I będzie taki zawsze i człowiek nie może nie uśmiechnąć się na samą myśl o tym, ile jeszcze takich dziwnych historii nas czeka.

Polka: What a story, Mark! 😉