Nowy Kapitan Ameryka na pewno spodoba się fanom uniwersum kinowego Marvela. Pozornie spełnia wszystkie oczekiwania, ale gdy przyjrzeć się bliżej to nie sposób zauważyć, że ta formuła zaczyna powoli zjadać swój własny ogon.

W czasie seansu “Civl War” (wybaczcie, ale nie mogę przełknąć polskiego tłumaczenia) we mnie także toczyła się wojna – pomiędzy fanem filmów Marvela, a próbującym zachować zdrowy rozsądek widzem. Ten pierwszy często wychodził na prowadzenie, ale nie mógł cieszyć się zwycięstwem, bo drugi głos co chwilę miał do zaproponowania jakąś uwagę. Efekt finalny był taki, że wyszedłem z kina nawet zadowolony, ale nie mogę z czystym sumieniem pochwalić filmu jak chociażby “Zimowego Żołnierza”. Za dużo rzeczy mi doskwierało i przeszkadzało. I nie chodzi tu o typowe wady tego rodzaju produkcji, bo na nie zwracam zbyt dużej uwagi. Chodzi o niedoskonałości w strukturach samej konwencji, która zaczyna wydawać się skostniała. Oto kilka tych najbardziej znaczących.

Stara ekipa zaczyna się wypalać.

Nie ma co się oszukiwać, trudno napisać postaci, które zachowają świeżość i będą ciekawe w entym z kolei filmie. Widać to doskonale na przykładzie Irona Mana (szósty raz na ekranie), Kapitana Ameryki (piąty raz) i Czarnej Wdowy (także piąty raz). I o ile ta ostatnia zawsze była drugoplanową, moim zdaniem słabo pisaną, postacią to już pierwsza dwójka jest siłą napędową całego uniwersum. Przyjrzymy się najpierw, skoro to jego film, Kapitanowi, który z grzecznego harcerzyka wyrasta nam na buntownika nie kłaniającego się autorytetom. Koncepcja fajna, ale prawda jest taka, że przemiana ta nastąpiła już w jego poprzednim solowym filmie, tutaj mamy tylko jej kontynuację. Rogers niby staje się banitą, ale konsekwencji za dużych to nie ma. Z drugiej strony mamy Tony’ego Starka, który z naczelnego badboya nagle zmienia się w głos rozsądku. No cóż, po tym jak stworzyło się chcącą zniszczyć świat sztuczną inteligencję to nic dziwnego. Jednak ta przemiana też jest tylko pozorna i to nadal ten stary, znany nam już do porzygu miliarder/playboy/geniusz/filantrop. Niby twórcy chcą go jeszcze pogłębić pokazując dawną traumę, ale Stark po prostu się wyczerpał i za dużo już z niego nie wyciągnie. Doskonale to widać także po Robercie Downey Juniorze, który tak zżył się ze swoją postacią, że chyba już nawet nie musi się starać aby ją zagrać. I to niestety da się odczuć.

vision i scarllet

Nowa ekipa nie wie, co ze sobą zrobić

FIlmowe Uniwersum Marvela zaczynało dość powoli, a widzowie mieli naprawdę dużo czasu na zapoznanie się z nowymi herosami. Do czasu “Avengers 2” mieliśmy do czynienia w sumie z siedmioma postaciami mogącymi wejść w skład drużyny mścicieli (Iron Man, Thor, Hulk, Kapitan, Hawkeye, Falcon i Black Widow, nie liczę Strażników Galaktyki). Siedmiu bohaterów w przeciągu siedmiu lat. W “Avengers 2” pojawiły się dwie nowe ważne postaci (Scarlet Witch i Vision), Ant-Man dostał swój solowy film, a w nowym Kapitanie pojawiają się kolejne dwie istotne persony (Spider-Man i Black Panther). To już pięciu bohaterów w ciągu zaledwie roku. I o ile Scott Lang miał czas na rozwinięcie charakteru dzięki solowemu występowi, tak reszta wydaje się spisana na kolanie. Nie mamy pojęcia jakie właściwie są moce Scarlet Witch, jakie są motywację Visiona, a Black Panther jawi się po prostu jako dziwny koleś, który umie się bić. Trochę łatwiej jest ze Spider-Manem, bo wszyscy go już po prostu znają. Ale nie zmienia to faktu, że z samego filmu nie dowiadujemy się o nim prawie niczego. Ta wyliczanka prowadzi bezpośredni do kolejnego punktu.

kaptain 2

Wszystkiego jest za dużo

Jedną z największych wad “Batman v. Superman” było to, że starano się w nim upchnąć kilka filmów naraz, co powodowało niezły chaos. I podobnie jest niestety w przypadku nowego Kapitana. Mamy tu jednocześnie trzecią część opowieści o Stevie Rogersie, sporo Avengers, trochę solowego Iron Mana i zalążek solowych filmów Spider-Mana i Black Panthera. Wątków jest naprawdę dużo. Film trwa prawie 2,5 godziny, a nadal wydaje się przeładowany. Pełno jest wątków, które prowadzą donikąd i postaci pojawiających się tylko po to, aby nam pomachać i zaznaczyć swoją obecność w uniwersum. Czasami wychodzi to fajnie, ale w większości przypadków, tylko zwiększa wspomniany bałagan. Inną sprawą jest fakt, że filmy Marvela zaczynają mieć coraz wyższy próg wejścia dla osób nieoblatanych w tym uniwersum. I chodzi tu nawet o ludzi, którzy oglądali poprzednie filmy, ale po prostu nie pamiętają każdej pojawiającej się postaci. A przecież to nie koniec rozrostu i trochę obawiam się, że w pewnym momencie cała ta struktura może zawalić się pod swoim własnym ciężarem.

zemo bruhl

Villain znowu jest potwornie nudny

Baron Zemo, główny “zły” filmu, to potencjał zmarnowany dwukrotnie. Komiksowy oryginał to jeden z najstarszych i najpotężniejszych wrogów Avengers, który niejednokrotnie zalazł im za skórę. Pochodzący z wiekowej dynastii geniusz i wojownik mający na koncie dowództwo nad kilkoma nadnaturalnymi drużynami. Postać dość kiczowata, ale posiadająca potencjał. W zamiast tego dostajemy nudnego kolesia, którego motywację są banalne, a plan tak głupi, że udaje mu się tylko dlatego, bo wymaga tego fabuła filmu. Bezbarwne czarne charaktery to bolączka prawie wszystkich filmów Marvela, ale tym scenarzystom tym razem udało się uderzyć o dno. A czemu podwójnie zmarnowany? Bo zatrudnienie tak utalentowanego aktora, jakim jest Daniel Brühl do zagrania tak nieciekawej postaci, to po prostu zbrodnia.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

You may use these HTML tags and attributes:

<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>