Zbiór różnych zabawnych (i smutnych) tekstów, które zamieszczam na profilu tego bloga. Wrzucone w jedno miejsce, aby potomność też mogła sobie poczytać. Ludziom się chyba podobają, więc mam nadzieję, że do nich dołączycie. 

Opowieść o tym, czemu napierd***nie w “boksera” to czynność cudna i szlachetna.

bokser

W czasach galopującego feminizmu, równouprawnienia i zaniku starego, dobrego kultu męskiej siły wydawać się może, że prawdziwi faceci nie mają gdzie się wykazać. Na szczęście we wszystkich turystycznych miejscach w kraju stoi magiczne urządzenie zwane “bokserem”. To dzięki niemu od dziesięcioleci samce mogą udowodnić swoje należyte miejsce w stadzie. Wystarczy jedno solidne pierdolnięcie w gruchę, aby wyładować całą frustrację, zdobyć szacunek innych dzików i uwielbienie wśród samic. Chyba, że ktoś jebnie słabo i wskaźnik nie przeleci powyżej 500 – wtedy równie dobrze można sobie już dać spokój z dalszym życiem. Szkoda, że nikt nigdy nie pomyślał o tym, aby wyniki wojen ustalać za sprawą najlepszego pierdolnięcia w boksera.

W sobotę wieczorem siedzieliśmy sobie na ławeczce w Łebie, piliśmy piwko i z fascynacją przyglądaliśmy się zbiorowisku testosteronu kłębiącemu się przy bokserze. Około dziesięciu typa na zmianę napieprzało w gruchę, co chwilę wznosząc okrzyki radości. Jak oni się cieszyli z tych swoich uderzeń – chciałbym, aby znajomi cieszyli się tak kiedyś z moich sukcesów, tak musi wyglądać prawdziwa przyjaźń. Najciekawsze w tym wszystkim było to, że co jakiś czas ta grupka powiększała się o kolejnych śmiałków, którzy od razu byli wchłaniani w jej szeregi. Czy dzięki dobremu pierdolnięciu znikają wszystkie bariery społeczne i pojawia się natychmiastowa nić koleżeństwa? Czy jebnięcie w gruchę może zmienić się w długoletnią przyjaźń i na przykład ludzie znający się z boksera potem sobie świadkują na ślubach?

– Synu, kim jest twój świadek?
– To Jędras, on przyjebał w boksera na 934 punkty
– Wspaniały wybór.

Następnym razem, kiedy będziecie przechodzili koło boksera to wrzućcie dwójkę i jebnijcie z całej pedy. Kto wie, może ktoś akurat to to zauważy i zyskacie druha na całe życie. Warto!

Maczek na kacu jako odzwierciedlenie pokoleniowej apatii.

mcdonald

Budzisz się na kacyku, bo oczywiście wczoraj popiłeś odrobinę więcej niż było pierwotnie planowane. Jest jakaś dwunasta, ale ty i tak leżysz jeszcze godzinę zbierając siły na pierwsze powstanie tego dnia i wsadzenie czegoś do nękanego alkoholem żołądka. W sumie to śniadanie jest na tyle późno, że pod jego koniec zaczynasz myśleć już o obiedzie. Nie masz ochoty na żadne jedzenie, bo twoje kubki smakowe zostały wypłukane. Patrzysz za okno, a tam gnijący świat października, wytężasz wzrok próbując bezskutecznie przebić się przez mgłę, która chyba zjada ludzi żywcem. Nie chce ci się wychodzić, ale chyba warto byłoby jednak zobaczyć jakiś innych kacowników i zjeść coś wspólnie. Na nic nie masz ochoty, więc sprawdzasz czy są kupony do Maka. Są, więc rozwiązania nasuwa się samo – chodźmy dowalić naszym żołądkiem jest trochę więcej syfu. Niech sobie trawi, a co.

No to spotykasz się z innymi przed Makiem, wszyscy mało rozmowni, wzrok rozmyty – jesteś wśród swoich. Po wejściu do środka dziwisz się, co robią tutaj ci wszyscy ludzie i jakim cudem to miejsce wciąż jest tak popularne. Podchodzisz do automatu umożliwiającego zamówienie – od kiedy je wprowadzili unikasz kontaktu z kasjerami. Trochę ci zawsze głupio jak widzisz ten cały bajzel na zapleczu, a jeszcze głupiej ci z powodu tego, że się cieszysz, że to nie ty masz musisz biegać. Jednak jeśli nie byłbyś socjopatą unikającym kontaktu z ludźmi, to dowiedziałbyś się, że czas oczekiwania wynosi pół godziny. Trzydziestu minut czekania na cziza z colą i frytkami. Zaczynasz obserwować, kto tam jeszcze czeka na swój obiad. Szybko odkrywasz, że to głównie rodziny z dzieciakami i inni skacowani – skupiasz się na tych drugich, bo zawsze znajdzie się ktoś w gorszym stanie niż ty.

Wgryzasz się w tego burgera i już po pierwszym kęsie stwierdzasz to, co było wiadome od samego początku – nie ma żadnego smaku. I znów zaczynasz się zastanawiać – właściwie czemu ciągle powtarzasz ten sam błąd. Zachwyt takimi symbolami zachodu minął jakieś dwadzieścia lat temu, doskonale wiesz, że to syf, ale ciągle masz tak, że reagujesz na Złote Łuki jak pies Pawłowa. Tłumaczysz sobie, że za te pieniądze mógłbyś zjeść normalny obiad w przyjemniejszym dla człowieka miejscu. Zjadłeś właśnie papier, który za godzinę przestanie spełniać swoją funkcję i znowu będzie głodny. Więc wmawiasz sobie, że było fajnie, bo wiesz, że ta wizyta w Maku to był najjaśniejszy punkt tego psu na pysk dnia.

Ale na drogę bierzesz sobie szejka, bo przecież zasłużyłeś.

             ***************************************************************************************

Jeśli Joaquin Phoenix nie zostanie jednak Jokerem, to będzie mógł założyć z Dafoe bardzo elitarny klub “Aktorów, którzy wcielili się w Jezusa i zawiedli świat nie grając Jokera”.

             ***************************************************************************************

Możecie się śmiać z Bowiego puszczanego z kosmicznej Tesli, ale jak Musk puści “Under pressure” na otwarciu pierwszego podwodnego miasta, a potem “Blackstar” podczas rozpierdzielania Nowego Jorku promieniem śmierci ze stacji kosmicznej, to docenicie jego konsekwencję.

tesla bowie

***************************************************************************************

Według najnowszych wieści(plotek z tabloidu) Borys Szyc zagra Romana Polańskiego w nowym filmie Tarantino. Pamiętajmy, że niedługo ma się wcielić także w Tadeusza Kantora. Podobno z rozpędu zagra też Zbigniewa Herberta i Wisławę Szymborską.

             ***************************************************************************************

Uwielbiam, jak w serialach i filmach akademicy specjaliści od danej dziedziny rozmawiają, np. przy kolacji, na zupełnie podstawowe dla niej tematy. Choćby ludzie od psychologii z fascynacją omawiający podstawy badań Freuda. Wyobrażam sobie wtedy, że w ich głowie wygląda to tak.

– Kurde, może jeśli będę w kółko gadać o czymś, co pamiętam z okresu zanim zacząłem chlać, to nikt się nie zorientuje, że zapłaciłem komuś za napisanie doktoratu.

             ***************************************************************************************

Jedna z moich ulubionych anegdotek na temat niebezpieczeństwa czytania w miejscach publicznych.

Dobra parę lat temu jechałem sobie tramwajem i czytałem “Rozmowy z Katem” autorstwa Kazimierza Moczarskiego (to ważne). Książka miała zupełnie czarną okładkę, co zaciekawiło pana, który usiadł koło mnie.

– Co pan czyta, czy to przypadkiem Biblia?

– Nie – otwieram i pokazuje mu środek.

– Wie Pan, gdyby to było łaciną to bym przeczytał, bo wtedy wszystko jest pisanie wielkimi literami, ale oczu już nie te.

– To są “Rozmowy z Katem”

– Ojejku, jeśli jest pan wrażliwy, to będzie strasznie płakał przy lekturze, to straszna książka.

Nagle w oczach coś mu się przełącza i pojawia dziwny pierdolec.

– A ty wiesz w ogóle kim był Moczar? To był morderca, kto ci tę książkę polecił. Ojciec, dziadek, a może wujek jest taki!!!??

Już się obawiałem, że pokaże mi czym są prawdziwe Barwy Walki, ale w tym momencie nastąpił chyba jego przystanek, więc po prostu wysiadł bez słowa.