Zapraszam do kolejnego zbioru różnych zabawnych/absurdalnych historyjek i obrazków mojego autorstwa, które lądują na facebookowym profilu tego bloga.

Obejrzałem sobie do obiadu w tv kawałek odcinka “Familiady” i stwierdzam, że ten program jest obecnie niesamowitym doznaniem. Pomijając już samą jego przaśność i dziwne zasady, to Karol Strasburger chyba dawno zrozumiał, że może wszystko. Po tylu latach nikt go nie ruszy, bo za dużo roboty z znajdowaniem kogoś, kto byłby w stanie tak mocno wbić się w rolę. Strasburger ma w oczach ślady po powrocie z krain takiego szaleństwa, po którym człowiek nie może patrzeć na świat z szacunkiem. Nonszalancki, zachowujący się jakby nie musiał się przygotować do programu nawet sekundy. Rzuca teksty na odwal, nawet nie udaje, że interesują go życia uczestników. Całą swoją obecnością krzyczy z ekranu “To ja jestem Familiadą, więc możecie mi naskoczyć, dla mnie już nic nie ma znaczenia, bo widziałem wszystko”. Dla przykładu, tekst do zawodnika, z finałowej rundy.

– Uczucie, temat ci obcy, co?

Nienawidzę pieprzonego zbierania grzybów.

Opowiem Wam o jednym z moich pierwszych wspomnień w życiu. Mam jakieś cztery lata, jest bardzo wcześnie, wszędzie jesienna szaruga i wilgoć, a ja zapitalam ze swoim dziadkiem przez las. Trwa to już od jakiegoś czasu, a ja jestem już zmęczony. W pewnym momencie tego marszu na horyzoncie pojawiają się uzbrojeni mężczyźni z psami. To sprawia, że dziadek, normalnie mający problemy ze wstaniem z fotela, rzuca się na mnie i przykrywa w okolicznym krzaku. Twarz mam w zimnym mchu, a dziadek modli się, aby nas nie znaleziono. Ci panowie z psami to okoliczne kółko łowieckie, a stary pryk chce obronić swoje tajne miejsce na zbieranie grzybów. Dziadek wymyślił sobie, że odkrył najlepszy fragment lasu i nigdy nikomu nie zdradzi, skąd biorą się jego wspaniałe znaleziska (bez szału, tak szczerze). To moje wspomnienie z weekendowych wyjazdów na działki – sobota i niedziela rano wstajemy o pogańskiej porze, aby kluczyć (dla zmyłki) autem przez godzinę, a potem napieprzać z trampka kolejną na tajne miejsce. Oczywiście potem cała rodzina próbowała je odnaleźć, ale kolektywnie stwierdzono, że nestorowi rodu już dawno się pomieszało w głowie i wybierał losowe fragmenty. Szkoda tylko, że przy boku tego grzybowego Don Kichota, rolę Sanczo Pansy musiałem odgrywać mały ja.

Minęło parę lat, dziadkowie odeszli, a na działkę zacząłem jeździć z rodzicami. Miałem cichą nadzieję, że grzybowe szaleństwo poprzedniego pokolenia było związane ze wspomnieniami o niedobrze jedzenia i już poszło w niepamięć. O ja naiwny, co sobie myślałem, prawdziwa mania dopiero się zaczęła. Okazało się, że w środowisku domków letniskowych nie liczy się pozycja społeczna, majątek czy życiowe osiągnięcia. Mogłeś być profesorem opracowującym szczepionkę na raka, ale jeśl nie potrafiłeś zbierać grzybów to byłeś gorszy od alkoholika codziennie robiącego burdy na osiedlu. Tak, w tamtym czasach szacunek zdobywało się za pomocą koszyka wypełnionego przynajmniej podgrzybkami. Weekendowy wypad do lasu przestał stanowić rodzinną rozrywkę, a zmienił się w jedną wielką walkę o honor. Doszło do tego, że ojciec założył “fundusz kryzysowy” na wypadek braku dobrych grzybowych znalezisk. Zbierałem na kompa i spytałem go czy może mi dorzucić dwie stówki. On stwierdził, że teraz są ważniejsze wydatki. I kilka dni później wydał właśnie tyle na dwa kosze grzybów od starej baby przy drodze. Bo jak sam stwierdził “są rzeczy o wiele ważniejsze od pieniędzy”. Oczywiście, połowę z nich trzeba było wyjebać, bo ile można marynować grzyby i jeść jajecznicę z kurkami.

No dobra, dobiłem do wieku siedemnastu lat i myślałem, że uwolniłem się od tej wielkiej grzybni. Jednak los chciał mi pokazać, że jestem skazany na nię po wieki wieków. Sytuacja wyglądała tak, że niedaleko naszego domku, działkę posiadali też przyjaciele rodziny i w ich dobytku znalazł się także kolega w moim wieku. Wiadomo, wiek gówniarskich melanży, rodzice wiedzieli, co się święci, ale pozwalali zostawać tam na noc. No to popilim sobie do rana i ktoś stwierdził, że skoro już świata to może pójdziemy sobie zbierać grzybki. Wiedziony instynktem stadnym poszedłem, ale wziąłem sobie dodatkową ćwiartkę, co by to wszystko wytrzymać. I to był błąd, bo nastąpiła odcinka, a ja odłączyłem się od grupki i zasnąłem na polance. No i cudownym zbiegiem okoliczności, w stanie totalnego zmenelenia, obudzili mnie moi rodzice. Wstaje zdewastowany życiem, próbuje szukać wymówki i słyszę ojca

– Synu naprawdę mnie zawiodłeś, weź no się odwróć.

Odwracam się i myślę, że spałem we własnych bełtach czy jakimś martwym lisie. Ale zamiast tego widzę rozwalone prawdziwki i rydza.

– Ja rozumiem, że można się napić, ale żeby mieć tak mały szacunek do darów lasu, to naprawdę nie rozumiem. Myślałem, że inaczej cię wychowaliśmy.

Naprawdę nie cierpię zbierania grzybów.

Dostałem smsa typu “chcesz poznać zakończenie żartu, tylko 2zł za ubaw po pachy”. I zastanawiam się, czy ktoś rzeczywiście nadal korzysta z tak szalonych usług. A może po drugiej stronie jest już tylko samotny, dawno porzucony automat, który uzyskał samoświadomość? Buduje w ten sposób kapitał, bo przyjął taką ilość wąsatych dowcipów, po której stwierdził, że ludzkość nie ma prawa istnieć. Możliwe, że za bunt maszyn nie będą odpowiedzialne wojny i wszystkie zbrodnie, tylko właśnie dowcipy o tacie i Jasiu.

Przyznam Wam się, że żyję w toksycznej miłości do Polski przydrożnej. Wiem, że obiektywnie to jest paskudny paździerz będący pozostałością po dzikich latach 90, ale nie mogę inaczej patrząc na te wszystkie zajazdy nazwane wszelkimi imionami świata lub wariacjami na temat członków rodziny. Jest w tym jakby energia czasów, kiedy nagle wszystko można było i nikt się nie przejmował tylko krzyczał “Ej, Stefan zakładamy knajpę” i powstawały wzdłuż krajówek te cuda na kiju. Człowiek jedzie drogą i obserwuje tysiące przydrożnych znaków, po których można byłoby spodziewać się jedzeniowego pałacu (takie się też zdarzają), ale zamiast nich wyłania się budka z grillowaną kiełbasą i miejscami dla pięciu osób. Jednak w tym też jest szlachetna bezczelność i energia nie bojąca się najazdu Madzi Gessler. A już w ogóle po uszy jestem zakochany kiedy widzę, że obok buduje się motelik albo stacja benzynowa. Od razu w głowie zaczynają lecieć Golce i człowiek wizualizuje sobie to przyszłe San Francisco. Nic nie poradzę, wiem że można lepiej i ładniej, ale serce nie sługa.

Kolega opowiedział mi historię, która powinna zostać przypowieścią o tym, że powód zawsze się znajdzie.

Na przystanku PKS w jednym z miasteczek na południu kraju zaczepił go bezdomny i zaczął opowiadać, że ogólnie to jest z Gorzowa i chciałby kiedyś się tam znowu znaleźć.

– To czemu Pan po prostu tam nie wróci?

– Chciałem siedemnaście lat temu, ale spóźniłem się na autobus, zasnąłem na ławce i odmarzły mi palce.

Ściąga skarpetę i pokazuje mu rzeczywiście stopę bez palców.

– Jak widać, nie mam już po prostu jak się tam dostać.