Liga Sprawiedliwości nie była stanie wywołać we mnie żadnej reakcji oprócz niechętnego wzruszenia ramion. Film jest najzwyczajniej na świecie nijaki i pozbawiony krztyny polotu. 

Przed seansem Ligi Sprawiedliwości postanowiłem podejść do tematu tak uczciwie, jak się tylko da. Oczyściłem swój umysł z niechęci do poprzednich filmów DC stworzonych przez Zacka Snydera i wszedłem do sali kinowej nieskażony negatywnymi emocjami. Co więcej, miałem nadzieję, że tym razem będę się dobrze bawił – naprawdę chciałbym, aby ten film dał mi sporo radości. Po dwóch godzinach w kinowym fotelu nic się w moim ładunku emocjonalnym nie zmieniło – Liga Sprawiedliwości” to film niewzbudzający żadnych uczuć. Nie uznaję go za szczególnie tragiczny, ale nie wiem, czy nie wolałbym właśnie takiej alternatywy. Ot, dwugodzinne oglądało bez pomysłu na siebie, które jest zupełnie nijakie i nie pozostawia w głowie choćby śladu ekscytacji.

Liga Sprawiedliwości jest nijaka

Liga sprawiedliwości Batman i Wonder Woman

Zacznijmy od pierwszej warstwy nijakości, czyli fabuły. W tej kwestii film powinien być w stanie obronić się najłatwiej, bo w końcu kino superhero rzadko kiedy ucieka od utartego schematu. Niestety, nawet w tym przypadku Liga Sprawiedliwości wypada słabo. Właściwie wszystko, co trzeba wiedzieć o filmie zawiera się w trailerze – na Ziemię wraca bardzo zły Steppenwolf, którego celem jest sianie zniszczenia i śmierci, a potrzebne mu są do tego trzy magiczne przedmioty ukryte po całym świecie. O postaci głównego złego nie da się powiedzieć praktycznie nic więcej – nawet koszmarnie płaski Malekith z drugiego Thora wypada przy nim całkiem ciekawie. Batman i Wonder Woman postanawiają zapobiec nadchodzącej zagładzie i zaczynają zbierać członków do swojej drużyny, co też odbywa się w dość klasyczny sposób. Jedynym w miarę frapującym elementem całej historii jest pytanie, jak powróci Superman i czy wyniknie z tego coś więcej. Jednak ten fragment też ciężko nazwać zaskakującym.

Ligs sprawiedliwości ma wyjątkowo nijakiego villaina

Przejdźmy do najważniejszego dla filmu drużynowego aspektu, czyli kreacji postaci i ich wzajemnych relacji. Ponownie pochwalę Batmana w wykonaniu Bena Afflecka – ta starzejąca się, mocno cyniczna wersja Mrocznego Rycerza przypadła mi do gustu. W przypadku postaci Wonder Woman ktoś pewnie stwierdził, że cały rozwój postaci został zawarty w jej solowym filmie, więc tutaj można go ograniczyć do rzucania wzniosłych przemów. Jason Momoa fajnie gra samego siebie, a Cyborg jest absolutnie bezbarwny. Jednak najgorzej w Lidze wypada postać Flasha, który na siłę przedstawiany jest jako superfrajer. I to nie taki frajer, którego lubicie mimo irytacji, ale ten jako jedyny nie zapraszany na klasową domówkę. Oprócz tego przez film przewija się paręnaście postaci drugoplanowych ważnych dla konkretnych bohaterów. Problem jest taki, że osoby nieznające komiksowych oryginałów będą miały je absolutnie gdzieś. No bo jak się przejmować jakąś podwodną babką gadającą z Aquamanem, jeśli ta pojawia się w dosłownie jednej scenie? Nawet znane i lubiane postaci, takie jak komisarz Gordon, nie mają wystarczająco dużo czasu ekranowego, aby wzbudzić czyjekolwiek zainteresowanie. W tym barszczu pływa stanowczo za dużo grzybów.

Liga sprawiedliwości Cyborg

No dobra, ale pomijając fabułę i postaci, to takie filmy powinny bronić się olśniewającymi efektami specjalnymi. Niestety, w tym wypadku trudno o coś innego niż o smutne zażenowanie. Nie jestem w stanie pojąć, jak blockbuster będący okrętem flagowym olbrzymiej wytwórni może mieć tak źle wyglądające CGI. Nawet mało wytrawne oko nie będzie w stanie ulec jakiejkolwiek immersji, bo obecność efektów komputerowych jest nie do przeoczenia. Od koszmarnie wyglądającego Steppenwolfa, przez dziwną zbroję Cyborga, aż po latający rój parademonów – to wszystko razi sztucznością, przez co film czasami sprawia wrażenie cutscenki wyrwanej z jakiejś gry sprzed dziesięciu lat. 

Liga sprawiedliwości to dwugodzinna wizyta w próżni

Liga Sprawiedliwości Flash

Po zakończeniu seansu Ligi sprawiedliwości poczułem zupełną pustkę i nie byłem w stanie wykrzesać z siebie żadnej reakcji innej niż tępe patrzenie się w napisy. To nie jest film, który sprawił, że chciałem jak najszybciej wyrzucić go z głowy z powodu niemożebnej irytacji jaką wywołał. Nie, to produkcja, która sprawiła, że musiałem zadać sobie takie pytania jak “Czy już nigdy nie będę niczego czuł?” lub “Czy straciłem umiejętność radowania się”? Jeśli nie jesteście wielkimi miłośnikami uniwersum DC, to naprawdę darujcie sobie ten seans, chyba że marzycie o tym, aby na dwie godziny przenieść się w próżnię.