Na polski rynek w końcu wraca “Maus”. Jeden z najważniejszych komiksów w historii był dla mnie zawsze czymś więcej niż doskonałym albumem i niezwykła opowieścią. To tytuł, który już na zawsze będzie przeze mnie kojarzony jako ten, dzięki któremu zacząłem interesować się tym medium na poważnie.

W oczekiwaniu na nowe wydanie “Mausa”, przygotowane przez Wydawnictwo Komiksowe, poświęciłem temu albumowi sporo myśli. Mój mózg działa tak, że jak zaczynam o czymś dużo myśleć, to w końcu układają mi się sentencje, które muszą znaleźć ujście w tekście – inaczej szybko fermentują i zaczynają pośmierdywać. Jednak z takim komiksem jak “Maus” problem jest taki sam, jak w przypadku innych nieśmiertelnych klasyków. Recenzji nie napiszę, bo nie czuję sensu takich działań i chyba jestem za cienki w barkach. Wszystkie społeczno-kulturowo-historyczne konteksty też zostały już opisane z każdej strony i nie mam ochoty wyważać otwartych już drzwi. Dlatego pomyślałem, że najlepiej będzie opisać, jak lektura dzieła Spiegelmana wpłynęła na mnie na początku mojej komiksowej drogi i czym jest dla mnie do dzisiaj. Mam nadzieję, że inni znający ten komiks poczują miłe ukłucie nostalgii, a ci mający go przed sobą poczują się zaintrygowani.

“Maus” wprasowywał mi się w podświadomość już w okresie gimnazjum, kiedy natrafiałem na niego w czasie komiksowego grzebactwa w Empikach. Nie miałem pojęcia o czym dokładnie jest ten komiks, ale charakterystyczna okładka ze swastyką i myszami w pasiakach w pewien sposób mnie fascynowała. Jednak na tamten czas biła z niej zbyt duża groza, która dawała mi do zrozumienia, że jestem jeszcze za młody. Poza tym wtedy  nie interesowałem się komiksami aż tak, aby sięgać po dziwne, niekojarzone przeze mnie tytuły. Natomiast w okresie licealnym, kiedy komiksy stały się w moim życiu obecne na stałe, “Maus” nie należał do klimatów, które mi pasowały. Wtedy objawieniem były dla mnie “Sandman” i “Kaznodzieja”, a wszystkie komiksy historyczne, czy obyczajowe wydawały mi się nudne i pretensjonalne. A jeszcze czarno-biała kreska? No, już nie przesadzajmy. Sam powstrzymywałem nadchodzące objawienie.

maus-okladka-swastyka

Na “Mausa” przyszedł czas dopiero w okresie studiów, a to głównie dzięki temu, że w końcu zacząłem odwiedzać gdańską bibliotekę komiksową, która dała mi dostęp do niewyobrażalnej dla mnie wcześniej liczby komiksów. Na tamte czasy zbiory biblioteki onieśmielały mnie, choć nadal wydawało mi się, że już się na komiksie znam i dokładnie wiem, czego od niego chcę. I wtedy moją uwagę przykuł ten kroczący od lat “Maus”. Wtedy dorobiłem się już wobec niego tego dziwnego strachu przed tytułami powszechnie uznawanymi za arcydzieła. Ta obawa przed zawodem, że akurat mi się aż tak, jak innym, nie spodoba. Jednak w tym wypadku stało się wręcz odwrotnie  zostałem porażony tym, co przeczytałem.

Przed poznaniem “Mausa” uważałem, że mam już za sobą doświadczenie z naprawdę dobrymi komiksami, które wyniosły to medium na artystyczne salony. Jednak dopiero po tej lekturze dotarło do mnie, ile jeszcze ma mi ono do zaoferowania. Przez długi czas “Maus” był dla mnie absolutnym numerem jeden (teraz też jest wysoko, ale nie wiem czy zawsze na szczycie mojej listy). I wcale nie chodziło o przejmującą historię ani o fakt, że komiks o myszach opowiada o Holocauście w XXI wieku to chyba już nie jest aż tak szokujące. W przypadku Mausa nie chodziło o tylko o treść opowieści, ale też o to, jak jest ona przedstawiona. O te wszystkie niuanse, szczegóły i wątki układające się w dzieło kompletne, w którym nic bym nie zmienił. O natężenie emocji, które autor włożył w swoich bohaterów, o tę odwagę poruszanie spraw najtrudniejszych. I w końcu o ten niewysławialny smutek, który został we mnie po skończeniu tej lektury, po części na zawsze. To było dla mnie jak pierwsze zetknięcie się z “Sto lat samotności”, “Czasem apokalipsy”, czy piosenkami Toma Waitsa. Zostałem uświadomiony, że można opowiadać historie w zupełnie nieznany mi wcześniej sposób. “Maus” był dla mnie wkroczeniem w komiksową dorosłość, momentem, w którym zacząłem w historiach obrazkowych szukać czegoś więcej niż tylko rozrywki.

maus-kadr

Dlatego bardzo się cieszę, że dzieło Spiegelmana ponownie trafia na nasz rynek. To jeden z tych komiksów, które powinny być dostępne bez żadnej przerwy, aby bezproblemowo mógł je kupić każdy, kto poczuje, że dojrzał już do zmienienia swojej kulturalnej perspektywy. Przeczytanie “Mausa” to coś więcej niż kolejna lektura  to komiksowy rytuał przejścia, po którym gdzieś w środku pozostaje już na zawsze niezmywalny ślad.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

You may use these HTML tags and attributes:

<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>