Miesiąc miodowy na safari to komiksowy odpowiednik narkotykowego tripu. Psychodeliczna podróż, podczas której zostajemy podłączeni bezpośrednio do wykręconej wyobraźni jej autora.

Raz na jakiś czas pojawiają się komiksy, których lektura bardziej przypomina narkotykowy odlot niż klasyczne czytanie. To jedna z największych sił tkwiących w tym medium – twórcy mają pełną swobodę w realizowaniu swoich najbardziej odjechanych wizji. Mowa tutaj oczywiście o dziełach zupełnie autorskich, nieskrępowanych zasadami rządzącymi wielkimi wydawnictwami. Przy zetknięciu z takimi tytułami zawsze wyobrażam sobie rysownika, który siada przed pustą kartką i zmienia się w przekaźnik między nią, a swoimi psychodelicznymi pomysłami. Potem to wszystko trafia do czytelnika, który może stać się częścią tego łańcucha i sztachnąć sobie prosto z autorskiego źródła. Takim komiksem jest właśnie Miesiąc miodowy na safari.

Miesiąc miodowy na safary przyszłości

Miesiąc miodowy na safari

Fabuła tego cudownego popapraństwa rozgrywa się w bliżej nieokreślonej dżungli w niedalekiej (chyba) przyszłości. Świeżo upieczone małżeństwo złożone z bogatego przedsiębiorcy w sile wieku i dużo młodszej kobiety spędza w niej tytułowy miesiąc miodowy. Śpią w luksusowym namiocie, jedzą wymyśle frykasy przyrządzane przez ekscentrycznego Przewodnika i spędzają dni na podziwianiu cudów okolicznej natury. Dżungla pełna jest niezwykłych stworzeń, z których najgroźniejsze są niezliczone pasożyty. Od pozornie niewinnych, takich jak ten wchodzący w symbiozę z językiem nosiciela, po potrafiące przejąć kontrolę nad mózgiem, a nawet duszą ofiary. Oczywiście, para nowożeńców na własnej skórze przekona się, że zadzieranie z przyrodą nie jest najlepszym pomysłem. Fabuła pcha bohaterów przez kolejne absurdalne spotkania, które za każdym razem zaskakują pomysłowością. Przy okazji udało się w tym wszystkim zawrzeć satyrę na ten rodzaj turystyki i bezsens samego zjawiska safari stworzonego dla zaspokojenia wybujałego ego naiwnych bogaczy.

miesiąc miodowy na safari wesoło

Fabuła komiksu jest dość zakręcona, ale jej dziwność blaknie przy tym, co prezentuje jego warstwa graficzna. Pozornie prosta kreska została użyta do pokazania wykręconych i niesamowitych stworzeń, których wygląd bawi, ale równie często niepokoi swoją groteskowością. Trudno ubrać w słowa, co to możemy zobaczyć na kadrach tej opowieści. Zresztą nie warto chyba zabierać innym przyjemności z odkrywania kolejnych dziwów skrywanych przez niezwykłą dżunglę. Ich przeglądanie pobudza w mózgu jakieś dziwne receptory odpowiedzialne za uczucie odrealnienia. Album czyta się stosunkowo szybko, ale dzięki swojej niezwykłej oprawie będzie Was wzywał do ponownej lektury.

Miesiąc miodowy na safari to psychodeliczna uczta

miesiąc miodowy na safari straszno
Miesiąc miodowy na Safari jest komiksem skierowanym do specyficznego czytelnika, ceniącego sobie tytuły niezwykłe i nie bojącego się eksperymentów. Trudno jednak wskazać mi dokładnie, kto powinien po niego sięgnąć, bo dopiero lektura może przekonać, czy taki rodzaj komiksowego haju jest czymś co nas pociąga. Dlatego też polecam go wszystkim chcącym przeżyć coś nowego i potencjalnie fascynującego. W tym wypadku można powiedzieć, że to jak z wszystkimi rodzajami używek – czasami trzeba zaryzykować i spróbować, by dowiedzieć się czegoś nowego o samym sobie.