Czy produkcja o ściganiu seryjnych mordercach może opowiedzieć nam coś nowego? Najnowszy serial Davida Finchera – Mindhunter pokazuje, że jak najbardziej. Wystarczy sięgnąć do samych początków tego zjawiska.

Muszę przyznać, że pierwsze wzmianki o Mindhunterze nie wzbudziły we mnie wielkich emocji. Oczywiście byłem pewien, że czeka nas serial przynajmniej bardzo dobry – w końcu historie seryjnych morderców to konik Davida Finchera. Zastanawiałem się jednak, co właściwie nowego w tym temacie można opowiedzieć. Dziwna fascynacja popkultury zagadnieniem sprawiła, że pozornie widzieliśmy je już chyba z każdej strony. Wystarczył jednak pomysł genialny w swojej prostocie – należy pokazać, jak rozpoczęła się walka FBI z tym zjawiskiem na szeroką skalę. Mindhunter został luźno oparty na książce pod tym samym tytule, która jest zapiskiem wspomnień Johna Douglasa – człowieka odpowiedzialnego za narodziny profilowania i współczesnej behawiorystyki kryminalnej.

Mindhunter często zabiera nas do zakładów karnych

Filmy o seryjnych mordercach przyzwyczaiły nas do pewnego schematu. Zazwyczaj poszukiwany maniak wodzi wszystkich za nos, a doskonale wyszkoleni agenci FBI nie mogą nic na to poradzić. Mindhunter przenosi nas do połowy lat siedemdziesiątych, kiedy nikt nie miał pojęcia jak właściwie śledzić takich osobników. Nie spodziewajcie się pościgów, obław i niesamowitych rozgrywek intelektualnych – tego w tym serialu nie ma. Tak po prawdzie, to wszystko opiera się tutaj na dialogach. Bohaterowie odwiedzają morderców w ich celach i próbują zrozumieć kierujące nimi motywy. W ten sposób powoli zdobywają wiedzę, która pozwala im rozpocząć eksperymenty z profilowaniem zbrodniarzy. Może się to wydawać z pozoru nudne, ale z całą pewnością takie nie jest. To błądzenie po omacku i próba znalezienia odpowiedzi na pytanie “Czemu ktoś popełnia tak bestialskie czyny?” są niesamowicie fascynujące.

Mindhunter to serial raczej spokojny w narracji

Osobny akapit chciałbym poświęcić samemu sposobowi pokazania seryjnych morderców serialu. W pewnym sensie jest on dla mnie próbą odmitologizowania wizerunku, który wytworzyła współczesna popkultura. Chodzi o fakt, że najgorsi z najgorszych są pokazywani tak, aby wzbudzić niezdrową fascynację. Boimy się ich, ale jednocześnie podziwiamy inteligencję i spryt, który pozwala im pogrywać z całym światem. Mindhunter pokazuje nam całą plejadę ludzi popsutych, zdeprawowanych i tak wykolejonych przez życie, że posunęli się do mordowania niewinnych. Jedyne uczucia jakie wywołują to obrzydzenie i pewne dziwne politowanie. To banda osobników żyjących w swoim świecie, którzy odnaleźli drogę w krzywdzeniu słabszych. Takie przedstawienie tematyki, to bardzo potrzebne i otrzeźwiające spojrzenie. Dodam jeszcze, że same rozmowy bohaterów z mordercami to najjaśniejsze punkty całego serialu,  w ich trakcie z ekranu aż trzeszczy od wszechobecnego napięcia. Duża w tym zasługa świetnie dobranych aktorów, szczególnie wielkie wrażenie zrobił na mnie Cammeronn Britton wcielający się w Edmunda Kempera – samo jego spojrzenie wywołuje ciarki.

Jedna z najbardziej niepokojących postaci w Mindhunter

Serial Finchera wymyka się schematom także swoją formułą. Fabuła wydaje się dryfować w trudnym do ustalenia kierunku, nie ma też wątków pozwalających na zamknięcia odcinków za pomocą cliffhangerów. To podejście może nie wszystkim przypaść do gustu, zwłaszcza że nawet końcówka sezonu wydaje się po prostu urywać. Jednak dzięki temu widz wybija się ze swoich przyzwyczajeń, co zwiększa i tak spore uczucie dyskomfortu zapewnione przez nieprzyjemną tematykę. Tutaj nie chodzi o śledzenie historii dla jej zwrotów, bardziej o skupienie się na detalach i oddanie atmosfery zagubienia związanego z obcowaniem ze złem. A to “Mindhunterowi” wychodzi perfekcyjnie.