Narcos: Meksyk to kolejny rozdział wielkiej opowieści o wojnie z narkotykowymi imperiami. Tym razem jeszcze bardziej nihilistyczna i pozbawiająca złudzeń na temat możliwości jej zakończenia. 

Pierwszy sezon Narcos błyskawicznie zdobył olbrzymią popularność, a skala jego sukcesu zaskoczyła chyba samych twórców. Opowieść o walce z narkotykowym imperium zyskała serca fanów dzięki paru czynnikom. Świetna koncepcja połączenia wątków fabularnych z nagraniami i archiwalnymi zdjęciami, niezwykłość samej historii (to sprawdzanie na Wikipedii i zdumienie, że to nie są wymysły scenarzystów) i rzesza charyzmatycznych postaci – to na pewno wpłynęło na sukces produkcji, ale myślę, że nie byłby on możliwy bez tak ciekawego przedstawienia samego Pablo Escobara. Świetnie zagrany przez Wagnera Moure, El Patron szturmem wdarł się do popkulturowej świadomości widzów na całym świecie. Wydawało się jasne, że Narcos równa się Escobar. Wiązało się to oczywiście z pewnym problemem – jego historia dobiegła naturalnego końca wraz z finałem drugim sezonem i trzeba było się zdecydować, co robić z tym fantem dalej. Twórcy postanowili zaryzykować i w trzecim sezonie postawili na opowieść o jego konkurentach władających kartelem z Kali. Okazało się to strzałem w dziesiątkę, bo serial nie stracił na swojej świeżości, a dla niektórych trzeci sezon okazał się tym najlepszym. Teraz mamy szansę się przekonać, czy wypracowana formuła rzeczywiście jest niezawodna, bo Narcos: Meksyk to historia, która przenosi nas do zupełnie innego miejsca i przedstawia nieznanych wcześniej bohaterów.  

Narcos: Meksyk to kolejny rozdział wielkiej opowieścinarcos diego luna

W przypadku pierwszego sezonu zadanie przyciągnięcia uwagi było dość proste, bo o Pablo Escobarze dużo osób słyszało wcześniej. Jednak trudno zakładać że nazwisko Miguela Ángela Félixa Gallardo mówi cokolwiek komuś, kto wcześniej nie interesował się tematyką wojen narkotykowych. Jednak okazuje się, że jest to postać, której osiągnięcia na przestępczej ścieżce są naprawdę imponujące. To on w latach osiemdziesiątych doprowadził do stworzenia pierwszego meksykańskiego kartelu i skierował handel narkotykami na zupełnie nowe tory. Nic więc dziwnego, że został wybrany jako główny bohater stojący ok stronie dilerów. Losy drugiej strony barykady obserwujemy zaś z perspektywy Kikiego Camareny – agenta DEA, który przybywa do Meksyku, aby jakkolwiek zmienić sposób walki z narkotykowymi baronami. Zestawienie tych dwóch, bardzo różnych postaci zostało użyte tutaj w frapujący sposób, bo obaj panowie są na pewien sposób pionierami i reformatorami. Felix próbuje nauczyć ograniczonych wspólników nowego spojrzenia na ich biznes, a Kiki walczy z korupcją i niemożliwą do ruszenia machiną biurokracji. Oba te zadania są wyjątkowo ciężkie, a my wręcz czujemy frustrację każdego z nich. To zresztą bardzo charyzmatyczne postaci, z którymi łatwo się zżyć także dzięki  świetnym występom Diego Luny (Gallardo) i Micheala Peni (Camerena).

narcos don neto

Narcos: Meksyk udowadnia, że twórcy serii znaleźli złotą formułę, która okazuje się o wiele bardziej pojemna niż mogłoby się to wydawać na początku. Bo także w tym sezonie wszystko opiera się już na wcześniej opracowanym schemacie: historia opowiedziana zarówno ze strony DEA, jak i Narcos, zgryźliwy i cyniczny narrator komentujący archiwalne zdjęcia i nagrania, zachowanie języka hiszpańskiego czy zestawienia piękna meksykańskiej natury i kultury z okrucieństwem świata zbrodni. Z jednej strony można by stwierdzić, że powtarzanie tych samych sztuczek to pójście na łatwiznę, ale z drugiej – po co zmieniać coś, co wydaje się doskonale działać? Zwłaszcza, że twórcy kilkukrotnie z nami pogrywają – korzystają z tego, że wydaje się nam, iż w świecie kokainowych fortun widzieliśmy już wszystko i nic nie jest w stanie nas zaskoczyć. Bardzo ciekawą zagrywką jest nieujawnienie do samego końca tożsamości narratora – tym razem nie wiadomo, kto nam opowiada całą historię.

Narcos: Meksyk udowadnia, że seria opracowała złotą formułę

narcos rafa

Narcos: Meksyk już na samym początku informuje nas, że ta historia nie ma szczęśliwego zakończenia. I rzeczywiście tym razem całość wydaje się mieć jeszcze bardziej nihilistyczny i bezradny wydźwięk niż poprzednie sezony, a to już pewnego rodzaju wyczyn. Jednak narrator dodaje także, że nie wie czy właściwie istnieje jakiś koniec w kwestii wojny z narkotykami. Do opowiedzenia zostało jeszcze wiele historii bohaterskich ludzi stających do walki z wrogiem, który wydaje się niemożliwy do pokonania. I dopóki będą przekazane równie znakomicie, ja z wielką chęcią ich wysłucham. I Wam też to radzę, bo ta seria to jednak coś więcej niż tylko kolejna bezrefleksyjna rozrywka.