Popkultura od zawsze zanurzona jest w autotematyzmie i nie ma w tym nic złego. Problem powstaje wtedy, kiedy jej wytwory zaczynają traktować to jako swoją największą wartość.

Nie mam zamiaru pisać kolejnej recenzji “Player One”, bo zrobili to już chyba wszyscy i takowa nie jest nikomu do szczęścia potrzebna. Bardziej niż na samym filmie chciałbym skupić się na pewnym irytującym popkulturowym zjawisku, które znalazło swoje ukoronowanie właśnie w najnowszym dziele Spielberga. Chodzi mianowicie o coraz bardziej nachalny autotematyzm, pozbawione finezji puszczanie oczka (a bardziej kopanie w dupę) i inne intertekstualne zagrywki, które w założeniu skierowane są “od nerdów dla nerdów”, a praktycznie sprowadzają się do leniwego marketingu polegającego na nonszalanckim szastaniu popkulturowym dziedzictwem. To takie godne XXI wieku rozwinięcie myśli inżyniera Mamonia – lubię to, co znam, ale najbardziej podnieca mnie jeśli inni tego nie znają. W takim wypadku cały dowcip polega na tym, że dotyczy to rzeczy, które jednak są bliskie niezliczonej rzeszy ludzi.

Intertekstualność, dialog między dziełami i wzajemne cytowanie nie są czymś nowym w kulturze, a jej popularnej odmianie towarzyszą od samych początków. Oczywiście dojście do dzisiejszej formy zajęło temu zjawisku całe dekady, ale dość symptomatyczny jest fakt, że jednym z jej największych architektów był sam Spielberg. W końcu cykl o Indianie Jonesie to nic innego jak odwołanie się do sentymentów ówczesnych trzydziesto i czterdziestolatków wychowanych na kinie przygodowym z połowy zeszłego wieku. Pełno w tych filmach scen bezpośrednio wziętych z dawnych kinowych hitów. Zresztą na tym właśnie opierało się w dużej mierze Kino Nowej Przygody, które pozwalało na powrót do szczęśliwych lat dzieciństwa. Przy okazji też stworzyło następne warstwy, do których w przyszłości mogłyby odwoływać się kolejne wytwory kultury popularnej. A nie od dzisiaj wiadomo, że co się chaotycznie nawarstwia, musi od czasu do czasu efektownie pierdyknąć.

Osobiście nie mam nic przeciwko umiejętnemu remiksowaniu, umieszczaniu nawiązań czy ukrytych odwołań do innych dzieł – byłoby zresztą trudne, bo należę do pokolenia, które zostało ukształtowane właśnie przez taką wersję popkultury. Niektórzy twórcy podnieśli to nawet do rangi mistrzowskiego opanowania medium (choćby Tarantino), ale jednak coraz częściej jesteśmy atakowani produkcjami mającymi stanowić tanią podnietę dla nerdów “siedzących w klimacie”, czego ucieleśnieniem jest właśnie “Player One”. Jeśli sprawną zabawę konwencjami i cytatami określić mianem zmysłowej erotyki, to w tym wypadku mamy do czynienia z machaniem popkulturowym cycem wprost przed naszymi oczami. Podobnie jak pornografia ma zapewnić nam szybką podnietę pozbawioną potrzeby relacji z drugim człowiekiem, tak takie podejście ma rozpalić uczestników popkultury wyskakującymi symbolami, które kojarzą im się z lubianymi tytułami albo odległą krainą dzieciństwa. A odpowiednikiem krzyczenia o wielkim członku jest chwalenie wiedzy pozwalającej na wychwycenie wszystkich odwołań pojawiających się na ekranie.

 

Ta intertekstualna masturbacja przypomina trochę cyberseks nawiązany z autorem dzieła. Nie mówię tutaj tylko o tym konkretnym filmie, bo na przykład podobna sprawa ma się z niektórymi tekstami Neila Gaimana i setek podobnych twórców. Przepis jest prosty: wrzucamy do środka oczywiste nawiązania, ale w taki sposób, aby odbiorca myślał, że należy do wąskiego grona, które jest w stanie je wyłapać. W ten sposób od razu zyskuje się poczucie zarówno swojego obeznania, jak i bycia docenionym przez autora. W “Player One” nie ma nawet prób ukrycia tej taktyki. Tu ekran wręcz krzyczy: kochany nerdzie, patrz jaki jesteś wspaniały, tylko Ty docenisz ten cały skarbiec, jaki dla Ciebie ukryliśmy. Potem zyskasz uznanie swoich znajomych podziwiających Twoją wiedzę i oddanie sprawie. Cały paradoks polega na tym, że lwia część odwołań jakie widzimy w tym filmie jest do odcyfrowania dla większości oglądających, bo dotyczą naprawdę popularnych tematów. I nie chodzi mi to, aby wyjść na jakiegoś nerd hipstera, piszę to z perspektywy osoby, która nie może skupić się na opowiadanej historii, bo wspomniany wcześniej cyc mi ją zasłania.

Takie traktowane symboli popkultury prowadzi też do kolejnego absurdu: mamy do czynienia z sytuacją, w której ktoś próbuje nam wmówić: tak popkultura jest ważna, to coś więcej niż tylko kolejne marki służące do trzaskania kasy. Jednocześnie jest to stosowane  w sytuacji, gdzie często te właśnie symbole używane są jako pozbawione zakorzenienia błyskotki mające zwabić “prawdziwych nerdów” do zainteresowania się nowym produktem. Oczywiście, takie pomizianie swojego fanostwa od czasu jest miłe i nikomu nie szkodzi, ale jednak warto pamiętać, że lepiej nie spędzać całego życia z ręką we własnych gaciach.