“Gwiezdne Wojny” to jeden z tych filmów, o których myślałem, że znam je na pamięć. W końcu jak się oglądało coś tyle razy, trudno o inny efekt. Jednak po głębszym zastanowieniu odkryłem, że “Nową Nadzieję” widziałem ostatni raz chyba dziesięć lat temu. Dlatego też ponowny seans pozwolił mi spojrzeć na początek gwiezdnej sagi na świeżo.

Są w popkulturze takie tytuły, które już dawno przerosły same siebie i zaczęły funkcjonować bardziej jak zjawisko niż konkretny film lub książka. Koronnym przykładem  są właśnie “Gwiezdne Wojny”. Nie pamiętam dokładnie, kiedy pierwszy raz miałem okazję oglądać starą trylogię, ale wiem, że znałem ją doskonale na długo przedtem. Obejrzenie filmów było tylko formalnością dopełniającą pewien proces. Trudno mi też stwierdzić ile razy widziałem epizody IV-VI, może kilkanaście, a może tylko kilka. “Gwiezdne Wojny” po prostu się zna, nie trzeba tego potwierdzać. Jednak z okazji zbliżającej się premiery VII epizodu postanowiłem pokazać mojej lepszej połówce “Nową Nadzieję”, której nigdy nie miała okazji oglądać. W ten sposób sam mogłem skonfrontować swoje wyobrażenia z rzeczywistością. Z zaskoczeniem odkryłem, że początek gwiezdnej sagi trzyma się lepiej niż myślałem. Oto kilka elementów, które nadal robią duże wrażenie.

Świat przedstawiony – Jak większość dzieciaków, kiedyś kochałem i wchłaniałem wszystko, co związane było ze światem Gwiezdnych Wojen. Gry, książki i komiksy rozszerzały to wspaniałe uniwersum do niepojętych rozmiarów. Było cudownie i nagle się skończyło, bo nastąpił przesyt, a za nim przyszła irytacja. To sprawiła, że zniknęła mi dawna podjarka i Star Warsy przestały być czymś magicznym, a stały się kolejnym pompowanym do granic możliwości produktem. Jednak ponowne obejrzenie epizodu IV pozwoliło mi przypomnieć, co mnie kiedyś w tym wszystkim zauroczyło. Fantastyczny świat będący połączeniem baśni i science fiction. Niezwykłe planety zamieszkane przez niezliczone rasy, złowieszcze Imperium i wielkie statki kosmiczne, a nad tym wszystkim prastara mistyczny siła przepełniająca wszelkie stworzenie. I tyle, co jest pokazane w filmie najzupełniej wystarczy, rozszerzanie tego w nieskończoność zabiera pewną magię i tajemnicę tego, co ten świat może kryć.

On-Tatooine-star-wars-a-new-hope-12499963-970-437

Postaci i dialogi – Tutaj chyba zawiniły niesamowicie drewniane pod tym względem epizody I-III.Byłem pewien, że charaktery i dialogi w starej trylogii są równie skarpeciaste. Okazuje się jednak, że w dawno temu w odległej galaktyce naprawdę żyły postaci, które dało się lubić i miały wyraziste charaktery. Co prawda, nie ma tu mowy o jakiś skomplikowanych psychikach, ale nie tego przecież oczekujemy. Han Solo jest zadziorny, Obi-Wan mądry, a roboty i Chewbacca są zabawne. Wszystkie jednak mają w sobie dużo życia i to po prostu czuć na ekranie. Tak naprawdę z całego zestawienia najgorzej wypada Vader, któremu brakuje demonizmu, ale możliwe, że nadrabia to w “Imperium Kontratakuje”. Z kolei pozytywnie zaskoczyła mnie księżniczka Leia. Pamiętałem ją raczej jako mimozę zbliżoną do Padme Amidali, a to jednak twarda babka z fajnym charakterem.

Miecze świetlne nadal są super.

                                               Miecze świetlne nadal są super.

Przygoda – Element, którego chyba najbardziej zabrakło w nowej trylogii. Owszem mieliśmy tam pełno efektów i wszystkiego było więcej, ale zabrakło właśnie tego nieuchwytnego elementu, który nie pozwala oderwać się od ekranu. W “Nowej Nadziei” przygodę czuć od samego początku aż do końca. Kibicujemy bohaterom i sami chętnie byśmy im pomogli jeśli byłaby taka potrzeba. Razem emocjonujemy się kiedy Luke pierwszy raz spotyka Obi-Wana i zaciskamy kciuki w czasie ataku na Gwiazdę Śmierci. Ponownie, najczęściej używane są tutaj najprostsze triki narracyjne, ale jest robione to w taki sposób, że nie sposób się im oprzeć. Jednak kino nowej przygody to nazwa, która niesie ze sobą coś więcej niż tylko filmoznawczą łatkę. Sam Lucas o tym zapomniał i zamiast tego zaczął mydlić nam oczy komputerowymi cudami, które już teraz zaczynają bardziej śmieszyć niż zachwycać. Chciałbym bardzo, aby okazało się, że Abrams ma tego świadomość i przy okazji “Przebudzenia Mocy” zabierze nas na magiczną wycieczkę, która pozwoli zapomnieć o prawdziwym świecie.