Ostatnia rodzina – historia rodziny Beksińskich to znakomicie zrobiony obraz na granicy emocjonalnej pornografii. To jeden z tych seansów, po którym trzeba wziąć porządny prysznic, aby zmyć z siebie cały syf tego świata.

W polskim kinie rzadko zdarzają się filmy tak mocno oczekiwane jak Ostatnia rodzina. Nic zresztą dziwnego, bo w końcu mało mamy też w nasze kulturze postaci, które obrosły legendą tak, jak Zdzisław i Tomasz Beksińscy. Jeden tworzący wyjątkowo niepokojące i mroczne obrazy, drugi – kultowy prezenter radiowej trójki i wybitny filmowy tłumacz. Obaj zginęli tragiczną śmiercią, najpierw syn popełnił samobójstwo, a lata później ojciec został zamordowany na progu własnego mieszkania. Zwłaszcza wokół śmierci Zdzisława krążyło wiele teorii, między innymi ta o upozorowaniu całego zdarzenia, które tylko podsycały atmosferę dziwności i klątwy ciążącej nad rodziną Beksińskich. Łatwo z tej historii zrobić kiczowate widowisko, pełne przesady i przerysowanych momentów, na szczęście twórcy idą w zupełnie inną stronę. Jest w pierwszej połowie filmu taka scena, która idealnie oddaje nastrój całości. Do mieszkania Beksińskich przychodzi Piotr Dmochowski (prawie nierozpoznawalny Andrzej Chyra), wielki miłośnik malarstwa Zdzisława, który stwierdza, że spodziewał się jakiegoś mrocznego zamczyska, a zastał normalny dom i rodzinę. I właśnie takie wrażenie udziela się widzowi, jednak szybko okazuje się, że właśnie ta normalność jest w tym wszystkim najbardziej porażająca.

Ostatnia rodzina bez emocjiOstatnia rodzina - Zdzisław Beksiński

Cała dynamika filmu rozpisana jest między dwie postacie, Tomka i Zdzisława, którzy ze swoją egzystencją radzą sobie za pomocą dwóch skrajnych postaw. Starszy Beksiński za wszelką cenę chce do wszystkiego podchodzić na spokojnie, bez skrajnych emocji. Ta pozornie zdrowa sytuacja prowadzi jednak do patologii, w której nawet największe tragedie, takie jak śmierć członków rodziny, wydają się po nim spływać niczym woda. Świetnie oddaje to w swoim aktorstwie Andrzej Seweryn, którego emocje przejawiają się przez małe, czasami wręcz szczątkowe gesty. Zupełnie inaczej ma się sprawa z Dawidem Ogrodnikiem sprawiającym wrażenie, jakby nie mógł ustać w miejscu nawet sekundy. Może wydać się, że jego kreacja jest przeszarżowana, ale jak dla mnie pasuje idealnie do koncepcji filmu. Te wszystkie nerwowe wyskoki i niespokojne ruchy kreują Tomasza jako postać, która ani przez sekundę nie czuje się dobrze w swojej skórze i dramatycznie szuka drogi wyjścia. Między tymi dwoma aktorskimi wyczynami zagubić się może równie dobrze radząca sobie z rolą nieszczęśliwej żony i matki, Aleksandra Konieczna. To także tragiczna postać, próbująca nadać swojej rodzinie choćby skrawki normalności.

Ostatnia rodzina pozornie normalna

Wspomniałem, że ta pozorna normalność pokazana w filmie jest jednym z jego najbardziej wstrząsających elementów. Dzieje się tak dlatego, że obserwujemy ją niczym w kronice rodzinnej, wchodząc w bardzo intymne rejony życia Beksińskich. I nie chodzi tutaj o sceny łóżkowe lub podobne, tylko właśnie te małe elementy, jak zwykłe rozmowy przy stole. Efekt ten potęguje się w momencie, kiedy Zdzisław sprawia sobie kamerę VHS, za pomocą której obsesyjnie nagrywa wszystko, co nawinie mu się pod obiektyw. To pogwałcenie jakiekolwiek intymności sprawia, że można poczuć, jakby oglądało się coś na granicy emocjonalnej pornografii. Jest to wyjątkowo hipnotyzujące i wciągające, ale też wywołuje podskórne wrażenie, że nie do końca powinniśmy to wszystko widzieć.

Ostatnia rodzina wysysa coś z człowieka

Ostatnia rodzina na wyciecze

Rzadko możemy oglądać, nie tylko polskie, filmy tak bardzo oddziaływające na widza, jak Ostatnia Rodzina.  To jeden z tych obrazów w bardzo nieprzyjemny sposób skrobiący miejsca, o których zazwyczaj nie wolimy myśleć, że w ogóle je mamy. Jednak cała wielkość tego filmu polega na tym, że robi to w sposób nienachalny, nie atakując pełnym arsenałem zagrań dostępnych kinu. To bardzo subtelne działanie, o którym zdajemy sobie sprawe, kiedy już jest za późno aby się wycofać. A po zakończeniu można odnieść wrażenie, że to co zobaczyliśmy już na zawsze pozostanie gdzieś w naszej głowie.