Przez ostatnie dwa miesiące bardzo zaniedbałem oglądanie filmów. Dodatkowo ograniczałem się do obrazów raczej lekkich i rozrywkowych, dlatego dzisiejsza lista nie zawiera w sobie zbyt ambitnych produkcji. Co nie znaczy, że nie można się przy nich dobrze rozerwać.

1251623 - Chappie

No dobra, cool robot to fajny motyw

Chappie – Zupełnie nie rozumiem fenomenu Blommkampa i podjarki tym, że ma kręcić nowego Obcego. Przecież ten facet nie zrobił jeszcze żadnego dobrego filmu! „Dystrykt 9” był fajny przez pierwsze pół godziny, kiedy to trzymał się konwencji dokumentu, potem dostaliśmy już tylko mocno przeciętne science-fiction. „Elizjum” zostało objechane z góry do dołu chyba przez wszystkich, a jego ostatnia produkcja, czyli Chappie też okazała się co najwyżej średnia. Fabuła jest mocno standardowa, choć ma potencjał: Niedaleka przyszłość, w policji służą roboty bojowe, ale młody inżynier widzi w nich coś więcej, więc tworzy robota mającego świadomość. Ten trafia do grupy nędznych bandytów, którzy chcą wykorzystać go do swoich celów. Najbardziej oryginalnym elementem jest to, że ci uczą go jak być gangsta i cool. Cała reszta utrzymana jest w konwencji akcyjniaków z lat 80 i jest po prostu nijaka. Nie pamiętałem z „Chappiego” prawie nic zaraz po seansie. Nawet występujący w roli czarnego charakteru Hugh Jackman jest praktycznie przezroczysty. Najwięcej radości będą mieli fani zespołu „Die Anterwoord” – w rolę dwójki uliczników wcielają się Ninja i Yo-Landi Visser.

run all night

Nocny Pościg – W tym roku obejrzałem naprawdę sporo filmów, w których niepozorny facet okazuje się kozakiem rozbijającym samodzielnie całe gangi. Mówię tu o nowszych produkcjach takich, jak dwie części „Taken”, „Equalizer” czy „John Wick”. Sprawdzały się one jako niezbyt wymagająca wieczorna rozrywka, ale tylko pierwsza „Uprowadzona” tak naprawdę mi się spodobała. Liam Neeson to jednak klasa sama w sobie, choć chyba mało kto pamięta, że kiedyś grał w filmach, gdzie robił coś innego niż bieganie i zabijanie ludzi. „Nocny Pościg” skusił mnie trailerem oferującym brudny klimat. Neeson wciela się tutaj w zwykłego cyngla, który ratując swojego potomka zabija syna swojego długoletniego szefa i przyjaciela, granego przez Eda Harrisa. I dopóki autorzy trzymają się tego klimatu jest naprawdę dobrze. Główny bohater walczy brudno, wyraźnie się męczy i jest tylko ulicznym zabijaką likwidującym podobnych sobie. Niestety dla urozmaicenia akcji, pojawia się zawodowy płatny morderca pasujący do reszty filmu jak pięść do nosa, zwłaszcza kiedy okazuje się, że zwykły cyngiel potrafi z nim walczyć jak równy z równym. Mimo wszystko film warto obejrzeć chociażby dla samych rozmów prowadzonych przez postaci Neesona i Harrisa. Od razu widać, że to weterani kina, nie tylko akcji.

avengers-age-ultron

Mad Max I, II i Droga Gniewu – O nowym Mad Maxie pisaliśmy już sporo z Polką, ale film jest tak fajny, że nigdy o nim za wiele. Przed jego obejrzeniem jak typowy cwaniaczek postanowiłem obejrzeć dwie pierwsze części, by potem móc się mądrzyć. Niestety, jedynka nie zestarzała się zbyt dobrze i dzisiaj można ją oglądać tylko jako historyczną ciekawostkę. Trudno ją nawet nazwać postapo, tak naprawdę  to film policyjny rozgrywający się pustkowiach w niedalekiej przyszłości. Razi praktycznie wszystko, od nikłego budżetu, po groteskowość i bardzo powolną akcję. Film rozkręca się tylko na jakieś ostatnie dwadzieścia minut. Jednak część druga, obdarzona podtytułem „Wojownik szos”, to już zupełnie inna para kaloszy. . Dostajemy w niej naprawdę fajnie pokazany świat po zagładzie, dużo szalonych motywów i kawał mocnej akcji. Jedynym problemem jest widoczność tego, że Miller nie miał możliwości aby w pełni zrealizować swoje wizje. Musiał więc poczekać trzydzieści lat by tego dokonać. Najfajniejszym elementem drugiego Mad Maxa jest finałowa sekwencja jazdy cysterną. Twórca chyba też to zrozumiał i przedłużył ją na prawie cały fim. I wyszło to rewelacyjnie. „Droga gniewu” od razu wbiła się do mojego top 10 kina akcji i zostanie tam na długo. To czyste szaleństwo, zarówno jeśli chodzi o wizualia jak i klimat. Zupełna jazda bez trzymanki, która obezwładnia zmysły i nie pozwala odetchnąć choć na chwilę. Po prostu trzeba to obejrzeć.

Secret-Life-Walter-Mitty-Review

Sekretne życie Waltera Mitty – Całkiem lubię Bena Stillera. Większość osób kojarzy go z raczej niskich lotów komedyjkami i często stawia na równi z Adamem Sandlerem. Jednak w przeciwieństwie do niego, Stiller ma na koncie także bardziej ambitne role. Dlatego też chętnie sięgnąłem po „Sekretne Życie Waltera Mitty”, które zbierało dość dobre recenzje. I nie zawiodłem się, to film z gatunków tych, które może nie są wybitne, ale pozostawiają widza z miłym zadowoleniem i chęcią do życia. Fabuła nie jest może zbyt oryginalna, zwłaszcza przez pierwsze pół godziny filmu: Walter Mitty to cichy i spokojny człowiek pracujący w Life Magazine. Bardzo często zdarza mu się marzyć na jawie o rzeczach, na które nie ma odwagi. Jednak w pewnym momencie los zmusza go wzięcia spraw w swoje ręce i rzuca go w podróż, która zaprowadzi go na Grenlandie Islandie i w dzikie góry Afganistanu. To bardzo ciepły film, który koi wspaniałymi widokami i zawsze sprawdzającym się morałem, że każdy moment jest dobry, by zacząć żyć naprawdę.