W dzisiejszej odsłonie przeglądu filmowego skupiłem się na filmach mających na celu trzymanie widza w napięciu. W zestawieniu znalazło się miejsce na dwa tytuły z października, zeszłoroczny klejnocik Finchera i nieśmiertelny klasyk lat siedemdziesiątych. 

 

legend

Legend – Tom Hardy w podwójnej roli bliźniaczego rodzeństwa gangsterów, które trzęsło londyńskich półświatkiem. Brzmi przepysznie, nieprawdaż? Niestety ten odważny eksperyment zawodzi praktycznie na każdym polu. Zacznijmy od najważniejszego, czyli tego jak dał sobie radę sam Hardy. Pierwsza rola, stonowanego Rona Kraya, wypadła mu całkiem nieźle. Trudno mówić o fajerwerkach, ale porządny standard jest zachowany. Czego niestety nie można powiedzieć o odegraniu drugiego z braci, paranoidalnego Reggiego. Hardy w tym wypadku idzie po całości, przekraczając granicę dobrego smaku, przez co miałem wrażenie jakby parodiował samego siebie w jakimś odcinku Saturday Night Live. Jeśli chodzi zaś o konstrukcję samego filmu to jest ona po prostu chaotyczna. Wydaje się, że reżyser chciał uchwycić za dużo srok za ogon, czego efektem jest stylistyczny miszmasz. Trudno się zorientować, czy oglądamy poważny film o gangsterach, historię miłosną, czy czarną komedią. Do tego wszystkiego, całość jest po prostu nudna.

marsjanin

Marsjanin – Jakoś tak się złożyło, że od dwóch lat Hollywood zabiera nas na jesienną wycieczkę w kosmos. W roku 2013 dzięki “Grawitacji”  mieliśmy okazję patrzeć jak Sandra Bullock próbuje przetrwać w kosmicznej pustce, co było nawet miłą rozrywką. Rok później Christhopher Nolan zabrał nas w podróż w gwiazdy za sprawą “Interstellara”, który był patetyczny i pretensjonalny do porzygu, ale za to oferował naprawdę ładne widoczki. Tym razem Ridley Scott pokazał nam jak Matt Damon wciela się w kosmicznego Robinsona Crusoe w “Marsjaninie”. Z tych trzech podróży zdecydowanie najlepiej bawiłem się podczas tegorocznej. Szczególnie podobała mi się pierwsza część filmu, skupiająca się na samym przetrwaniu głównego bohatera. Potem do gry wchodzi akcja ratownicza na ziemi i robi się trochę zbyt amerykańsko, a sama końcówka jest po prostu przegięta, ale nadal nie psuje to pozytywnego wrażenia. Pomysł na takie surowe science fiction bardzo przypadł mi do gustu i mam nadzieję na kolejne ciekawe produkcje z tego nurtu.

gone girl

Zaginiona dziewczyna – Dobrze sobie przypomnieć, że siła dobrego thrillera nie tkwi w pościgach i strzelaninach tylko w doskonale skonstruowanym scenariuszu, umiejętnie igrającym z widzem. Z pozoru prosta historia o mężczyźnie poszukującym swojej zaginionej żony, szybko pokazuje swoje drugie i trzecie dno. Trudno opisywać ten film bez zdradzania fabuły, bo zwroty akcji grają tu szczególnie istotną rolę. Są poprowadzone umiejętnie i polegają na odpowiednim dawkowaniu informacji, a nie twistach w stylu Shylamana. Przy okazji dostajemy kilka ciekawych przemyśleń na temat siły medialnego wizerunku i życia w zakłamaniu. “Zaginiona dziewczyna” trzyma w napięciu do samego końca, a samo rozwiązanie fabuły na kilka dni pozostawia w głowie poczucie niepokoju. Fincher jednak prawie nigdy nie zawodzi.

francuski lacznik

Francuski łącznik – Mam jakieś dziwne zboczenie na punkcie starych filmów akcji, szczególnie takich, które nie do końca zniosły próbę czasu. Taki właśnie jest “Francuski łącznik”. Sama fabuła filmu i sposób prowadzenia akcji nie są zbyt wciągające, ot kolejna policyjna historia. Do ekranu przykuwa jednak specyficzny klimat dawnego Nowego Jorku, świetna rola Hackmana i jedna z najlepszych scen pościgowych w historii kina. Podczas oglądania tego pościgu miałem dziwne poczucie, że wygląda on jakby została wyjęta z GTA. Poszperałem w internecie i okazało się, że w czwartej części gangsterskiej sagi znajduje się misja “Porto Rican Connection” będąca hołdem dla tego fragmentu. Popkultura jest jednak wspaniała. Obraz stanowi także doskonały dowód na to, że werdykty oscarowej akademii bywają dziwne. W 1972 roku “Francuski łącznik” pokonał w kategorii za najlepszy film między innymi “Mechaniczną pomarańczę” i “Skrzypka na dachu”.