Środek listopada to okres, w którym człowiek rzadko ma siłę na ambitną rozrywkę. Na szczęście istnieją filmy akcji z Vinem Dieslem i komedie z Benem Stillerem, które zazwyczaj są strasznie głupie, ale potrafią skutecznie uprzyjemnić ten okropny czas.

last-witch-hunter-trailer-poster-vin-diesel (1)

Łowca czarownic – To film, na który wybrałem się do kina, bo ze znajomymi chcieliśmy po prostu coś obejrzeć, a nic innego czasowo nam nie pasowało. Spodziewaliśmy się, że czeka nas sporo śmiechu z powodu nieporadności twórców. I trochę tak było, ale koniec końców seans okazał się całkiem przyjemny. Głupia jak but historia o nieśmiertelnym łowcy czarownic, który musi stawić czoło wracającemu wielkiemu złu sprawdza się wyśmienicie jako pretekst do paru efektownych scen i suchych żartów. Vin Diesel gra Vina Diesla, Elijah Wood gra Elijah Wooda, a Micheal Cain gra Alfreda i wszyscy się w tych rolach sprawdzają wyśmienicie. Nie sądzę bym pamiętał coś z tego filmu za rok, ale nie żałuje wydanych pieniędzy i poświęconego czasu.

Will-Ferrell-as-Mugatu-in-Zoolander

Zoolander – Nie będę owijał w bawełnę – ten film jest po prostu głupi. To taka typowa błazenada, z którą zazwyczaj kojarzymy komedie z Benem Stillerem. Dowcipy często orbitują na bardzo niskim poziomie i czasami są po prostu żenujące.  Nie zmienia to faktu, że “Zoolander” to jeden z najzabawniejszych filmów, który ostatnimi czasy dane było mi oglądać. Już sam zarys fabuły potrafi wywołać uśmiech. Stiller wciela się w Derricka Zoolandera, kiedyś najbardziej uznanego modela na ziemi, której powoli zaczyna tracić na popularności. Szansa na powrót do światowej sławy nadarza się, kiedy na swój pokaz zaprasza go projektant Mugatu, wcześniej ignorujący Zoolandera. Moedel nie wie jednak jednak, że to część diabolicznego planu konglomeratu projektantów, który ma doprowadzić od śmierci premiera Malezji. Absurd goni absurd, aktorzy wygłupiają się ile wlezie i widać, że wszyscy doskonale się bawią. A widz razem z nimi.

tropic_thunder14

Tropic Thunder – Kolejny film ze Stillerem, zrobiony z dużo większym rozmachem. Tym razem wciela się on w wyśmiewanego aktora kina akcji, który chce pokazać, że potrafi grać w poważnych produkcjach. Dlatego też bierze udział w adaptacji książki opowiadającej o tajnej misji w Wietnamie. W celu uzyskania prawdziwych emocji ekipa wybiera się do dżungli, gdzie wpada w realny konflikt z producentami narkotyków. Po raz kolejny pokazywany jest absurd za absurdem, wszyscy się doskonale bawią, ale całość trwa odrobinę za długo. Dwie godziny głupawych żartów potrafią znużyć i osłabić komediowy efekt. Film warto zobaczyć dla rewelacyjnej roli Roberta Downeya Juniora, za którą został nominowany do Oscara. Całkiem zabawnie wypada też epizod Toma Cruise’a w mocno nietypowym dla siebie wydaniu.

fantastic-four

Fantastyczna czwórka – Byłem pewien, że film, który zbiera tak słabe recenzje idealnie wpisze się w gatunek “Tak złe, że aż dobre”. Niestety okazuje się, że kolejna próba ekranizacji przygód pierwszej rodziny Marvela nie spełnia nawet tego wymogu. Film jest po prostu nudny, nijaki i pozbawiony jakiekolwiek ducha. Fabuła, której wystarczyłoby najwyżej na dwadzieścia minut została rozciągnięta na pełny metraż. Przez większość czasu oglądamy jak zupełnie bezpłciowy bohaterowie biorą udział w eksperymencie, który ostatecznie pójdzie nie tak i zmieni ich w grupę super herosów. Ale nie ma co się tym przejmować, bo i tak nie napatrzymy się na nich w akcji. W filmie znalazły się dosłownie trzy sceny, w których możemy popodziwiać ich super moce. Nie oszukujmy się, – produkcje tego typu są jak fast-food. Ale śmieciowe żarcie też ma swoje odmiany. Można zjeść sprawdzoną papkę w maku albo zaryzykować giga-burgera za 5 zł w studenckiej jadłodajni. Pewnie okaże się to ohydne, ale przynajmniej będzie jakieś. “Fantastyczna Czwórka” to tak wysuszona mini-pizza z przejścia podziemnego, w której sosiwa starczyło zaledwie na jeden kęs.