W dzisiejszej odsłonie głównie narzekam na cenione serię, które do mnie zupełnie nie trafiły i chwalę przezabawną głupawkę w wykonaniu Jakuba Dębskiego i Roberta Sienickiego.

SklepikzRobotami_Przykladowe4

Sklepik z robotami – Ten komiks to umysłowy zlew i internetowy humor w pigułce. Dla wielu taki opis może być odstraszający, ale ja podczas lektury twórczości Dema i Belego bawiłem się doskonale. Te historyjki to często czysty nonsens ubrany w fabułę tylko po to, by opowiedzieć jakiś dowcip, który wpadł do głowy scenarzyście. Jednak dopóki taka taktyka działa, to nie ma w niej przecież nic złego. Odjechane przygody dwóch robotów socjopatów czyta się równie szybko i lekko jak dobry webkomiks, więc eksperyment przeniesienia takiej formuły na papier trzeba uznać za jak najbardziej udany. Mam kilka swoich ulubionych epizodów, do których będę wracał w celu poprawy nastroju i mam nadzieję, że Dębski i Sienicki pójdą za ciosem i za jakiś czas stworzą nowe przygody D19 i B20.

valerian

Valerian: Wydanie zbiorcze tom 1 – Mam chyba pecha w kwestii wyboru kolejnych klasyków frankofońskiego komiksu, które wypada znać, bo po raz kolejny była to dla mnie droga przez mękę. Pierwsze odcinki legendarnej francuskiej serii o przygodach podróżującego w czasie i przestrzeni agenta są nudne, słabo narysowane i zawalone ścianą tekstu. Ja rozumiem, że Valerian przecierał szlaki, że późniejsze “Gwiezdne Wojny” wyraźnie się nim inspirowały, ale niezbyt mnie to rusza skoro sam komiks je po prostu nudny. Może to kwestia tego, że obejrzałem dziewięć sezonów “Doctora Who” i jestem uodporniony na takie historyjki, a może po prostu całość się brzydko zestarzała. Sięgnę jeszcze po następny tom, bo możliwe, że później jest już ciekawiej, ale na razie jestem nastawiony negatywnie. Typowa pozycja dla sentymentalistów pamiętających czasy, kiedy każdy tytuł z zachodu wart był worek złota.

locke and key

Locke & Key: witamy w Lovecraft – Chyba zmieniam się w komiksowego gbura, bo kolejna seria zbierająca prawie same pochwały, zupełnie mi nie przypasowała. I to już od samego początku – warstwa graficzna jest dla mnie po prostu paskudna i nieprzyjemna w odbiorze. Historia starego domostwa skrywającego mroczne sekrety to sprawdzona klasyka, ale w tym wypadku autorowi zabrakło polotu. Może to kwestia irytujących bohaterów, którzy zostali wyciągnięci z zestawu “typowa amerykańska rodzina 2+3”. Trudno mi się emocjonować historią, kiedy mam ochotę, aby maniakalny morderca dorwał główne postaci i zamknął im jadaczki na zawsze. Raczej już nie wrócę do skrywającego tajemnice dworu, bo pierwsza wycieczka nie zdołała mnie niczym zainteresować.

sam-zabel

Sam Zabel i magiczne pióro – Album nowozelandzkiego rysownika to rzecz bardzo nierówna. Z jednej strony urzeka piękna oprawa graficzna i romantyzm magicznej podróży po różnych komiksowych światach stanowiąca hołd dla historii tego medium. Kiedy główny bohater trafia do kolejnych zmyślonych uniwersów, to wszystko naprawdę urzeka. Zgrzyty następują, kiedy postaci zaczynają wygłaszać monologi na temat seksizmu w komiksach, odpowiedzialności za wyobraźnie i tym podobnym. Nie razi mnie sama ich obecność, ale sposób jaki są przedstawione. Ni stąd, zowąd dostajemy w twarz wykładami, które rażą swoją sztucznością. Wkurzył mnie też główny bohater, którego nie odebrałem jako zagubionego artysty szukającego weny, tylko jako pretensjonalnego bubka nie potrafiącego wziąć się do kupy i uporządkować swojego życia. Jednak mimo tych uwag nadal uważam, że to album, po który warto sięgnąć, bo jest przyjemną wycieczką po krainie wyobraźni.