Komiksowa Warszawa 2016 za nami, więc czas na wielkie wchłanianie opowieści obrazkowych. Na pierwszy ogień poszły głównie ziny kupowane prosto od ich utalentowanych autorów.

Komiksowa Warszawa 2016 upłynęła mi głównie pod znakiem spotkań komiksowo-towarzyskich poza terenem festiwalu – pogoda umiejętnie skusiła swoją atrakcyjnością. Jednak znalazł się oczywiście czas na małe zakupy, w czasie których ponabywałem głównie ziny. Powody takie wybory są w sumie dwa – albumy komiksowe, zwłaszcza stadnie, to często ciężkie tomiszcza, więc wolę jak nie muszę ich ze sobą taszczyć. Tutaj chcę pozdrowić cegłą jaką jest “Leksykon powieści graficznych” i przeprosić potencjalnego pana listonosza. Natomiast zinki są zazwyczaj cienkie i lekkie, więc można ich ładować ile wlezie, a co ważniejsze – kupuje się prosto z rąk autora, co kilkukrotnie zwiększa przyjemność z nabyteg odobra. Dlatego w dzisiejszym przeglądzie znalazło się miejsce dla trzech komiksów niezależnych i tylko jeden album z normalnego wydawnictwa.


domek trupow

Domek w lasku pełnym żywych trupów – Kolejny tytuł jednego z naczelnych szyderców w polskim komiksie dla wielu może okazać się sporym zaskoczeniem. W “Domku w środku  lasu żywych trupów” Łazur pozornie zabiera się za konwencję znaną z takich filmów jak “Evil Dead” i serii Romero. Oto wiecznie skonfliktowane małżeństwo wraz z małą córeczką wybiera się na wakacje do domku w lesie, w którym pałętają się żywe trupy (niespodzianka!). Po czymś takim człowiek od razu spodziewa się pięknej rozwałki, ale zamiast tego dostaje coś zupełnie innego. Nie będę zdradzał o co dokładnie chodzi, bo właśnie to zagranie na nosie czytelnika jest najciekawszym elementem komiksu. W każdym komiksie Łazura można spodziewać się świetnego materiału dodatkowego, ale tym razem przebił samego siebie. Feministyczny tekst o pozycji kobiet w jego komiksach napisany przez fikcyjną badaczkę brzmi zupełnie autentycznie.

bart 2

Bart 2 – Niestrudzeni herosi ze studia Bazgrolle na Komiksową Warszawę przyjechali z drugą częścią swojego artystycznego hitu “Bart”. Schowali się w najcieplejszym zakątku festiwalu, przez co człowiek pocił się już przed dotarciem do ich stoiska. W ten sposób chłopaki zaoszczędziły wstydu swoim fanom pocącym się z podniecenia – piękny gest. A czym właściwie jest ten nowy hit? Trudno znaleźć mi odpowiednie określenie, bo to tytuł znajdujący się na pograniczu komiksu. Na każdej stronie znajdziemy parodię lub nawiązanie do klasyków amerykańskiej sztuki współczesne, pod którymi widać komentarze komiksowych awatarów twórców. Bazgrolle większości kojarzą się głownie z majtkowym humorem i głupkowatą fabułą, więc “Bart 2” może zaskoczyć niejednego czytelnika. Każda strona to pokaz znajomości i fascynacji nowoczesną kulturą, do której dodano specyficzny styl undergroundowej grupy. To coś o wiele więcej niż kolejny zabawny zeszycik. Diabelnie inteligentne i świetnie narysowane.

yerp

Yerp – Autorski komiks Piotra Nowackiego to po prostu przeuroczy popis absurdalnej wyobraźni autora. Niema historia o stworku, który przylatuje na ziemie i wyrasta z niej razem ze swoim statkiem opowiedziana jest w prosty i bardzo płynny sposób, ale kilka razy potrafi zaskoczyć. Jaszczu to jak dla mnie jeden z najlepszych polskich rysowników posługujących się minimalistyczną, cartoonową kreską, w której nie ma żadnych niepotrzebnych elementów. Dzięki temu już po pierwszym zetknięciu z jego nowym komiksem gęba po prostu musi się uśmiechnąć na całą szerokość. Całość jest na tyle pozytywna, że spokojnie można ją sprezentować dziecko, ale dorośli też nie powinni narzekać. Do wielokrotnego przeglądania na wypadek potrzeby błyskawicznej poprawy humoru.

wielka ucieczka

Wielka ucieczka z ogródków działkowych – To żadna nowość ani zin, ale nie mogłem już dłużej zwlekać z zapoznaniem się z ostatnim albumem Jacka Świdzińskiego, którego twórczość po prostu uwielbiam. Poza tym, kiedy kupowałem komiks to autor akurat podszedł do stosika Kultury Gniewu. Tym razem jestem trochę skonsternowany, bo czuję potrzebę ponownej lektury, ale tym razem w celu pełnego zrozumienia przedstawionej historii, która jest o wiele bardziej umowna niż w “Zdarzeniu 1908”, a nawet “A niech Cie Tesla!”. Obserwowane wydarzenie połączone są ze sobą często symbolicznie, ale też o nie fabułę tutaj do końca chodzi. Świdziński ponownie wyśmiewa polskie przywary, tym razem głównie te kojarzone z trybem podróżniczo-wypoczynkowym. Dostaje się ludziom zakochanym w swoich ogródkach działkowych, grzybiarzom i pociągowym smakoszom nieśmiertelnych jajek na twardo i kiełbas z sreberka. Nieraz są to szydery wręcz bezlitosne, ale charakterystyczna prosta i pocieszna kreska nadaje im dość przyjaznego charakteru. Jak dla mnie najsłabszy z wymienionych albumów, ale w wypadku tego autora to i tak oznacza lekturę obowiązkową.