Rasowe stereotypy są u nas tak mocno zakorzenione, że czasami trudno je usunąć z własnego sposobu patrzenia na świat. I tym razem nie chodzi tutaj o spojrzenie negatywne, ale ogólne przypisywanie pewnych cech ze względu na rasę.

Dwa dni temu, 16 kwietnia 2018 roku, Kendrick Lamar został pierwszym w historii raperem wyróżnionym nagrodą Pulitzera za twórczość muzyczną. Jak to zawsze bywa, kiedy jakakolwiek nagroda przyznawana jest niebiałemu mężczyźnie, pojawiły się głosy, że to wynik galopującej poprawności politycznej. Pomijając już fakt, że jego album “Damn” zajmuje pierwsze miejsce na liście billboardu 2017 roku, a on sam jest jednym z najbardziej wpływowych muzyków tego stulecia – w wypadku takiego muzyka jak Lamar pisanie o ataku rasowej propagandy świadczy o lekkiej nieznajomości twórczości, bo w końcu historia Afroamerykanów jest jednym z jej filarów. I tak, Lamar dostał w pewien sposób nagrodę za bycie czarnym, ale nie w taki, w jaki to się może niektórym wydawać. Jednak daje to trochę do myślenia na temat tego, jak zostało ukształtowane jest nasze spojrzenie na kwestie rasy w kulturze.

Aby nikogo nie urazić, będę pisał za siebie, ale myślę, że znajdzie się sporo ludzi, którzy poczują pewną więź z moimi przemyśleniami. Mimo usilnych starań muszę stwierdzić, że w pewien sposób jestem rasistą. I nie chodzi tutaj o to, że marzy mi się supremacja białej rasy, a segregacja była dobrym pomysłem. Mam na myśli  pewien sposób spojrzenia na kwestię rasy wpajany nam od najwcześniejszych lat dzieciństwa, który sprawia, że bardzo trudno zacząć traktować nam inny kolor skóry bez automatycznego nacechowania. Od samych bajek o Murzynku Bambo, głupkowatym Kali w “Pustyni i Puszczy”, czy egzotycznym traktowaniu czarnoskórych w filmach pochodzących z PRL. Trudno winić twórców, bo w końcu byli dziećmi swoich czasów, ale niestety przekłada się to gdzieś na nasze początki w obserwowaniu świata. Żyjemy w kraju, w którym wciąż nie jesteśmy obyci z innym kolorem skóry i przy nawet największej serdeczności, czasami nie potrafimy pozbyć się pewnej asekuracyjności. A kształtująca nasze narzędzia poznawcze amerykańska popkultura wcale w tym nie pomaga.

Gdy zapytać o pierwsze skojarzenie z “czarnością”, to pewnie dużo typów padłoby na raperów lub postaci ala Eddie Murphy z lat jego młodości. I z jednej strony może wydawać się, że nie ma w tym nic złego, bo wspomniane stereotypy kojarzą nam się z luzem, giętkością i pewnego rodzaju szelmowską charyzmą. Sam, jak piszę te słowa wyobrażam sobie właśnie taką postać i czuję, że to jest bazowy obraz czarnoskórego wpisany mi przez popkulturę. Ile razy oglądając chociażby “The Wire” czy “Luke’a Cage’a” pomyślałem “o kurde, ale to było czarne”. Ile razy ktoś słuchając jakiegoś czarnoskórego muzyka stwierdził, że chyba też jest w środku czarny. To dodawanie pozytywnych cech pozornie jest wartościujące, ale przeradza się w dziwną fascynację, które tak świetnie została wyśmiana w “Uciekaj” i kilku odcinkach serialowej “Atlanty”.  Problemem jest fakt, że w społeczeństwie, gdzie kolorowe mniejszości są zjawiskiem codziennym można te wszystkie wyobrażenia odnieść do pewnego kontekstu. My w większości przypadków jesteśmy ich pozbawieni i chcąc nie chcąc często kierowani jesteśmy stereotypami.

Można się śmiać z teorii spiskowych mówiących, że sukces “Czarnej pantery” to zwieńczenie politopoprawnej propagandy i “odwrócony rasizm”. Jednak mam takie uczciwe pytanie – czy nie mieliście nigdy sytuacji, że to właśnie “czarność” danej produkcji podniosła ją w Waszych oczach? I nie chodzi o to, że kochacie Denzela Washingtona i filmy z nim tylko właśnie o takie egzotyczne zaciekawienie jakąś atrakcją opartą na stereotypach? Albo ile razy natknęliście się na informacje o fascynacji Afryką, jakby to był jeden wielki kraj, a nie nieskończona ilość oddzielnych kultur, bo w końcu panuje tam jedna – czarna? Takich przykładów można wymieniać i wymieniać. Mnie przynajmniej włączają się od razu pewne szufladki, w sposób wręcz automatyczny. Trudno nazwać to czymś bardzo złym, ale osobiście uważam, że to sposób myślenia, nad którym warto popracować. Bo pamiętajmy, że skoro my obserwujemy innych według schematów, to oni mogą robić to także z nami. A co gorsza, sami możemy zacząć patrzeć na siebie według obrazu stworzonego poza naszą głową.

 

Proszę, nie traktujcie tego tekstu jako ataku, tylko jako zaproszenie do pewnego umysłowego ćwiczenia 🙂