“Taśmy rodzinne” to opowieść o pamięci i obrazie rodziny tworzonym niczym projekt społeczny. O mitologizowaniu lat dziewięćdziesiątych oraz kreowaniu wspomnień porozmawiałem z autorem książki, Maciejem Marciszem.

Taśmy rodzinne rozgrywają się na przestrzeni kilku dekad, ale najwięcej czasu czytelnik spędzi w latach dziewięćdziesiątych.  Chciałem zapytać o ten temat w kontekście perspektywy ludzi z naszego pokolenia. Czy jako trzydziestolatkowie nie jesteśmy szczególnie podatni, choćby ze względu na dzieciństwo, na mitologizację tego okresu?

Totalnie tak. Ale myślę też, że ma to dwie strony: z jednej strony mitologizujemy, z drugiej – rozliczamy. Chciałem, żeby Taśmy miały oba podejścia: trochę jarania się wycieczkami do Maca, słodkim dzieciństwem, zapachem okładek na zeszyty i popkulturą, a jednocześnie krytyczne podejście do tego, co wydarzyło się gdy u steru byli fani i fanatycy nowego kapitalistycznego systemu. Mam nadzieję, że to się jakoś udało.

Dlatego jednym z głównych bohaterów uczyniłeś wręcz pomnikowego “człowieka, który sam doszedł do wszystkiego i nikomu nic nie zawdzięcza”? Przynajmniej w jego własnych oczach. W jaki sposób takie postaci wpisują się w nasze postrzeganie tamtych czasów?

Tak! Wiesz co, chciałem pokazać nowosystemowego selfmade-mana i troszeczkę, hmmm, skomplikować jego obraz? Pokazać, że tam, gdzie bohater widzi tylko swój spryt i ciężką pracę, my możemy dostrzec również łut szczęścia albo przynajmniej brak pecha. Media przez lata karmiły nas historiami ludzi, którzy doszli do wielkich rzeczy bo „wstawiali rano wcześniej”. Taśmy pytają o to, co się dzieje, kiedy nie ma ich w domu.

A jakim uczuciem było zbieranie informacji na temat lat dziewięćdziesiątych i porównywanie ich z własnymi wspomnieniami?

Raczej robiłem to na odwrót. Wyobrażałem sobie historię – scenę, wydarzenie, cokolwiek, a potem sprawdzałem czy była wtedy możliwa. Plus dużo rozmawiałem z rodzicami i dziadkami. Najważniejszy był dla mnie obraz – filmiki z YouTube’a, smutne popowe polskie teledyski, Ptaki ciernistych krzewów, Matki, żony i kochanki, Nocne graffiti, pasma reklamowe z tamtych lat. Tak w ogóle, to nie lubię przeresearchowanych powieści, bardziej szukałem klimatu niż konkretu. Jeśli coś mnie zaskoczyło, to to jak bardzo wizja współczesnego życia odbiegała wtedy od rzeczywistości. Na polskim podwórku było najsmutniej. Nie tak to zapamiętałem – większość dzieciństwa spędziłem na oglądaniu Cartoon Network, FoxKids, Vivy i MTV (no i Atomic TV! :D). Tam było bardziej kolorowo. W ogóle to chyba ciekawa opozycja. Jeśli spytasz o „styl lat 90-tych” to w odpowiedzi dostaniesz: maksymalizm, jaskrawe kolory, błysk, szaleństwo, optymizm. A potem spójrz na polskie filmy z tego okresu i poczekaj aż pochłonie Cię mrok 😀 Ale nie wiem, może ta przepaść istnieje zawsze, w każdej „epoce”.

Przepytywany autor ze swoją książką

Rodzinę Małysów można chyba nazwać “projektem”, który miał spełnić wyobrażenia Jana o tym, jak ma wyglądać nowoczesna, udana rodzina. Jednak na samym początku (rozgrywającym się współcześnie) Twojej książki widzimy, że te plany spaliły na panewce. Co skłoniło Cię do tego, aby tę część pokazać z perspektywy Marcina, który wydaje się największą porażką swojego ojca?

Część współczesna rozgrywana jest z punktu widzenia Marcina chyba dlatego, że mimo wszystko to on jest głównym bohaterem i to on musi przejść przemianę, żeby historia się dopełniła, miała jakiś sens. Zgadzam się z Tobą kiedy mówisz o projekcie – i myślę też, że niekoniecznie to, co dzieje się przeciw naszym oczekiwaniom, jest automatycznie porażką. Jan zaczyna to rozumieć – może trochę za późno, but still.

A która postać okazała się dla Ciebie trudniejsza do odwzorowania – Jan zwycięzca, czy jego syn niemota, który przejechał się z czekaniem na gotowe?

Jan był trudniejszy, ze względu na różnicę czasu między jego życiem, a moim. W przypadku Marcina to co mu się przydarza może nie jest moją biografią, ale mogłoby nią być. W tym sensie, że wierzę, że nasze życie / nasza opowieść składa się też z tego co MOGŁO nam się przydarzyć, a się nie przydarzyło. Życie Marcina to trochę taka historia, która mi się nie przytrafiła.

Bardzo spodobało mi się, że już na samym początku umieszczasz pewien klucz do dalszego czytania książki. W końcu Taśmy rodzinne, czyli seria wyprodukowanych przez Marcina instalacji, przedstawiają rodzinę jako projekcję, którą zupełnie inaczej odbiera się w zależności od punktu widzenia.

Od tego motywu zaczęło się moje myślenie na temat Taśm. Pierwszy obraz, który pojawił mi się w głowie, to świąteczna scena otrzymywania prezentów – ta z torem wyścigowym, dinozaurami i plastikowym zestawem piknikowym, utrwalona przez mojego tatę na kasecie VHS. Kiedy zrozumiałem, że „pamiętam” tę chwilę tylko dlatego że widziałem ją wielokrotnie w telewizorze, pomyślałem że to może być ciekawy temat – rodzinne wspomnienia, którymi można manipulować, to że przeszłość jest negocjowalna, że zależy od „tu i teraz” od tego jaką opowieść na jej temat ktoś nam sprzeda.

Tajemniczy model z książką

Nie boisz się, że czytelnicy bardziej skupią się na strefie wspominkowo-nostalgicznej? Byłoby to wielką szkodą dla książki jako całości, bo dla mnie świetnie się przenikają i tworzą ciekawą harmonię.

Nie, nie boję się, ale może powinienem (śmiech). Myślę, że ta strefa wspominkowo-nostalgiczna, jak ją nazywasz, może stanowić skuteczny haczyk dla czytelniczek i czytelników, zachęcić ich do sięgnięcia po tę historię. W ogóle to przenikanie się czasów, pokazywanie jak ludzie trwają „w czasie”, możliwość zobaczenia procesów to coś, co bardzo fascynuje mnie w powieściach w ogóle. To że możesz zobaczyć ludzi dwadzieścia, trzydzieści lat później. Widać wtedy, na takim większym odcinku, jak „prawda” jest płynna, jak żadne słowo nie jest ostateczne, jak czas nas „kruszy”. Chciałbym w przyszłości, kiedyś, móc o tym jeszcze więcej opowiedzieć.

Czyli ukończenie powieści nie zaspokoiło Twojego pisarskiego głodu? Czy przymierzasz się już do następnych pomysłów?

Mam trzy foldery z Google Drive z pomysłami i notatkami na trzy kolejne książki (śmiech). Ale zobaczę z jakim przyjęciem spotkają się Taśmy – jeśli będzie wystarczająco dobre, to pewnie zacznę jeszcze w tym roku. A jak okaże się że cała ta zabawa więcej mnie kosztuje nerwów i pracy niż przynosi dobrego, to w weekendy będę zajmował się odpoczywaniem, a nie pisaniem. W tym drugim wypadku wyobrażam sobie, że poobijany, zniszczony przez recenzentów z Lubimyczytać.pl przeżywam załamanie nerwowe i odradzam się niczym feniks po dwóch latach i biorę się do pracy ;D ;D Oczywiście, liczę na pierwszy wariant, bo tak naprawdę to nie mogę się doczekać tego momentu, kiedy usiądę do biurka i od myślników wypiszę sobie wszystko, czego nauczyłem się przy pisaniu Taśm, co mógłbym poprawić w pisaniu patrząc na recenzje, etc. Bardzo lubię planować i się przygotowywać.

 

Wywiad powstał w ramach współpracy z wydawnictwem W.A.B.