Punisher – Serial o krwawej krucjacie Franka Castle’a w końcu wylądował na Netflixie. Okazuje się, że jest to jednak produkcja nieco inna od tej, której wszyscy się spodziewaliśmy. 

Punisher to postać, która miała fatalnego pecha w kwestii filmowych adaptacji swoich historii. Pod koniec lat osiemdziesiątych pojawił się raczej pocieszny film z Dolphem Lundgrenem, o którym można powiedzieć, że spełnia standardy produkcji “straight to VHS” z tamtej epoki. Potem mieliśmy bardzo nijakiego Punishera z 2004 roku i niezbyt przyjemną w odbiorze Strefę Wojny – choć ten ostatni film ma swoich fanów, a Ray Stevenson dobrze pasował jako odtwórca głównego bohatera. Wydawało się, że Frank Castle nigdy nie doczeka się porządnego aktorskiego odpowiednika. Jednak wszystko zmieniło się za sprawą drugiego sezonu Daredevila, w którym Punisher odgrywał jedną z ważniejszych ról. Świetnie zagrany przez Jona Bernthala zdobył serca fanów i został uznany za jeden z najlepszych elementów całego serialu. Jego popularność była na tyle duża, że zdecydowano powierzyć mu własną, solową serię.

Punisher spełnia oczekiwania

Punisher i ciemność

Początkowo nie byłem do tego pomysłu w pełni przekonany. Owszem, Castle świetnie sprawdził się jako drugoplanowy bohater, ale nie do końca wierzyłem, że da się z niego wycisnąć materiał na pełnoprawny sezon. Obawiałem się, że jeśli serial poszedłby w stronę ciągłej łupaniny, to otrzymalibyśmy szybko nudzącą się rzeźnię. Potem nabrałem trochę więcej wiary, bo wszystkie materiały promocyjne sugerowały, że otrzymamy produkcję ociekającą klimatem, której twórcy doskonale czują, czym powinna być historia o Punisherze. Finalny efekt okazał się jednak dość zaskakujący pozytywny, choć nie pozbawiony sporych wad.

Punisher zaraz zacznie punisherować

Najbardziej zaskoczony zostałem faktem, że Punisher okazuje się o wiele spokojniejszym serialem, niż można było się spodziewać. Jednym zdaniem – jest tu o wiele więcej gadania niż strzelania. Na początku czułem się z tego powodu dość dziwnie, ale ostatecznie uważam to za wielki plus i bardzo dobre posunięcie ze strony scenarzystów. Sceny akcji są dawkowane skromnie, ale kiedy się w końcu pojawiają, to nie ma zmiłuj, robią spore wrażenie. Trzeba zaznaczyć, że serial jest naprawdę brutalny – na ekranie rzadko widzi się przemoc na taką skalę. Krew leje się strumieniami, co pewnie może odstraszyć, co bardziej wrażliwych widzów. Jednocześnie twórcy dokonali rzeczy dość karkołomnej – przy ogromnej brutalności, udało im się uniknąć fetyszyzacji przemocy i broni. To wszystko jest potrzebne, aby nadać odpowiedni ton całej historii, ale wzbudza raczej odrazę niż niezdrową podnietę.

Punisher to dość prosta historia

Punisher - Mikro tym razem nie jest grubaskiem

Główny wątek fabularny Punishera jest dość prosty – Castle wpada ponownie na trop wojskowej konspiracji, która ostatecznie doprowadziła do zamachu na jego życie, a w konsekwencji śmierci żony oraz dzieci. Pomaga mu w tym niejaki Micro – były analityk, który podpadł wywiadowi i obecnie musi ukrywać się przed całym światem. Do tego dochodzi ambitna i kłopotliwa agentka Madani, która także stanie się ważnym elementem tej układanki. Opowiedziana historia nie jest skomplikowana, ale wciąga, ponieważ została oparta na świetnie rozpisanej dynamice między postaciami. Szczególnie dobrze wypada współpraca pomiędzy Frankiem, a Micro. Wspólna chemia po prostu unosi się w powietrzu – pozwala to na wprowadzenie kilku scen humorystycznych, które są bardzo potrzebne w produkcji, o tak ciężkim klimacie. Ucieszył mnie także fakt, że serial Netflixa ponownie dostarczył nam ciekawą postać “głównego złego” – nie będę zdradzał o kogo chodzi, bo tego dowiadujemy się dopiero w trakcie oglądania, choć domyślić się nie jest aż tak trudno.

Punisher bywa bardzo brutalny

No dobra, wymieniam na razie same zalety, więc gdzie te wady, o których wcześniej wspomniałem? Postanowiłem zostawić sobie je na koniec. Ponownie mamy tu do czynienia z nagminnym już problemem produkcji będących wynikiem współpracy Netflix/Marvel – trzynaście odcinków to zdecydowanie za dużo, opowiedziana historia spokojnie zmieściłaby się w dziesięciu epizodach. Czuć to zwłaszcza w pierwszej połowie sezonu, kiedy akcja czasami wydaje się stać w miejscu. Potem całość nabiera zdecydowanie szybszego tempa, ale trudno oprzeć się wrażeniu, że cała historia została z tego powodu mocno rozrzedzona. Niezbyt przypadł mi do gustu cały wątek poświęcony weteranom ostatnich wojen prowadzonych przez USA. Rozumiem, że tam stanowi on ważny komentarz społeczny, ale został rozpisany ze stanowczo nadmiernym patosem, który na dłuższą metę jest strasznie drażniący.

Punisher w swoim żywiole

Serial o Punisherze zbiera w sieci bardzo mieszane noty, niektórzy mieszają go z błotem, ale jest też dużo opinii bardzo pozytywnych. Myślę, że ocena w dużej mierze zależy od przyjętych oczekiwań. Jeśli ktoś spodziewa się bezpretensjonalnej ciągłej strzelaniny, to może sobie spokojnie odpuścić. Prawdą jest także to, że początkowe rozwleczenie może znużyć, ale im dalej w las tym jest lepiej. Nie jest to serial idealny, ale przywraca wiarę w to, że Netflix i Marvel nie powiedzieli jeszcze ostatniego słowa.