Red Dead Redemption to jedna z gier z automatu wskakujących na podium tej generacji konsol. Uważam jednak, że tym razem Rockstar nie dostarczył produktu, który zasługuje na same peany. 

UWAGA: tekst przeznaczony dla osób, które przeszły główny wątek fabularny i znają jego zakończenie.

Jestem olbrzymim fanem “bandyckich” serii od Rockstar Games. Od czasów Grand Theft Auto III (wcześniejsze też lubiłem) z wypiekami na twarzy oczekuję ich kolejnej gry. Z powodu GTA IV nie mogłem spać po nocach, a po piątą część stałem w nocnej kolejce pod Empikiem. Uwielbiam to jak twórcy piszą w nich dialogi, budowanie postaci i dowcip, oraz niesamowitą liczbę atrakcji ukrytych w samej rozgrywce. Podobną estymą darzę także ich westernowego brata, w posta Red Dead Redemption – trochę bardziej poważnego i stonowanego w kwestii gameplayu, ale nadal należącego do tej samej rodziny. Muszę uczciwie przyznać, że pewnie bywam wobec nich za mało krytyczny, ale takie są już prawidła miłości. Nie powinno też dziwić, że z wielką ciekawością oczekiwałem na Red Dead Redemption 2, w które zagrałem z paromiesięczną obsuwą. Jednak tym razem nie mogę mówić o bezgranicznej miłości i uwielbieniu, bo uważam, że najnowsza gra Rockstar gubi się w swojej własnej formule i bywa najzwyczajniej na świecie nudna oraz myli różnorodność treści z ich przeładowaniem. Poniżej znajdziecie moje trzy największe problemy, które przeszkadzały mi czerpać pełną radość z rozgrywki. 

Główny wątek jest za długi

Red Dead Redemption 2

Nie mam nic przeciwko graniu w długie gry, a nawet zdecydowanie wolę tytuły, których przejście zajmuje więcej niż dziesięć godzin. Zresztą w innym wypadku trudno byłoby być miłośnikiem GTA. Jednak Red Dead Redemption 2 jest naprawdę za długie, w pewnym momencie miałem wrażenie, że gra nigdy się nie skończy. Wiąże się z tym dość zabawna sytuacja – byłem szczerze przekonany, że czwarty rozdział to ostatni akt, a po nieudanym skoku w Saint Denis czeka mnie koniec historii gangu Dutcha. Możecie wyobrazić sobie moje zdziwienie, kiedy okazało się, że przede mną jeszcze jakaś jedna trzecia gry. Nie stanowiłoby to takiego problemu, gdyby nie fakt, że duża część rozgrywanych misji stanowią zapchaj-dziury, które spokojnie mogłyby zniknąć bez żadnego wpływu na rozwój całej opowieści. Największy problem miałem z epizodem na Guaramie, którego tak naprawdę można byłoby zamknąć w serii krótkich filmików. Podobnie wkurzało mnie przedłużanie wątku Indian w rozdziale szóstym, który wyrósł na  jego główny element. Było to irytujące, zwłaszcza gdy weźmie się pod uwagę fakt, że w tym momencie gra wymaga strasznie dużo jeżdżenia konno, które jest najzwyczajniej na świecie nudne. Jednak z tyłu głowy miałem ciągle “przynajmniej nie ma tej zabawy w ranczera, jak pod koniec jedynki”. Ale potem następują epilogi z Marstonem, które po pięknym zakończeniu historii Arthura ciągną się niemiłosiernie.

Jest nudne jako gra sama w sobie

Red Dead Redemption 2

To chyba największy problem, jaki mam z tą produkcją. Red Dead Redemption 2 o wiele lepiej sprawdza się jako interaktywny film niż gra z prawdziwego zdarzenia. Pewnie zaraz ktoś zakrzyknie “Ale jak to? Przecież tam jest tyle do zrobienia, że aż nie wiadomo za co się zabrać”. Owszem w sferze dodatkowych czynności mamy do czynienia z produkcją wręcz trudną do ogarnięcia i dogłębnego poznania. Ale skupmy się na tym, jak wygląda schemat większości misji związanych z głównym wątkiem fabularnym. Najczęściej jedziesz z kimś konno i postaci rozmawiają. Następnie dojeżdżają na miejsce i gra każe pochodzić od punktu do punktu i coś zrobić (co już jest cholernie nudne), a ostatecznie pewnie skończy się na strzelaninie/ucieczce połączonej ze strzelaniem. Teraz można zadać pytanie “A czego spodziewać się od gry będącej westernem?”. Problem jest taki, że cała mechanika walki i strzelania jest dziecinnie wręcz prosta i niezbyt można ją urozmaicić poza zwiększaniem liczebności przeciwników i dawaniu im lepszej pozycji do strzelania. Pod koniec gry robiłem sobie nawet sam utrudnienia w stylu przechodzenia misji tylko z użyciem rewolweru, ale nadal nie stanowiło to zbytniego wyzwania.

Problemy ze skalowaniem

Red Dead Redemption 2

Tutaj problem chyba trochę bardziej skomplikowany, ale bardzo istotny w dalszych stadiach rozrywki. Niezbyt lubię, kiedy naprawdę długie gry nie dają mi poczucia, że przeszedłem niezły kawał drogi od ich początku. Oczywiście pomijam tutaj fabułę, która świetnie pokazuje odwrotny kierunek i zmierza w stronę coraz większego rozpadu drużyny i upadku jej wartości. Jednak w samej rozgrywce poczucie postępu wypada raczej średnio. Mamy niby jakiś system rozwoju postaci, ale jest on tak mało wpływający na rozgrywkę, że właściwie mógłby nie istnieć – Arthur na samym początku jest taką samą maszyną do zabijania, jak na końcu. Niby można zbierać pieniądze, ale ja chyba ani razu nie odwiedziłem sklepu w celu zakupienia broni lub amunicji. Jedyne co z nimi zrobiłem to rozwinąłem maksymalnie obóz, co w sumie też nie przyczyniło się do niczego szczególnego. Jednak najbardziej irytowało mnie to w strukturze samych misji, zwłaszcza w rozdziale szóstym. To moment w grze, kiedy robiliśmy już cuda na kiju, pokonaliśmy całe armie wrogów i dokonaliśmy niemożliwego. I nagle znowu musimy wykonywać zadanie, w których chodzimy od punktu do punku i rozkładamy dynamit, albo szukamy zaginionych pierdół. I może buduje to pewien klimat, ale tak blisko finału chciałbym już skupiać się na naprawdę efektownych wydarzeniach, a nie tracić czas na nudne elementy, od których spada całe napięcie. 

Trochę osłody na koniec

red redemption 2

Czytając powyższe narzekania można pomyśleć, że uważam Red Dead Redemption za grę niezbyt udaną i dziwić może, że poświęciłem na nią tak dużo czasu. Jednak tak nie jest, bo sama fabuła sprawia, że te wady odchodzą na drugi plan. Bo to przede wszystkim świetna, bardzo mroczna opowieść o świecie odchodzącym w niepamięć i ludziach, którzy nie potrafią pogodzić się z nieuchronnymi zmianami. Przedstawione są w niej postaci z krwi i kości, a sam główny konflikt ujmuje swoją kameralnością, bo wszystko ostatecznie rozchodzi się o lojalność i zasady rządzące niewielką grupką osób. To także gra, która w swoich najlepszych momentach zachwyca wyreżyserowaniem niektórych scen, jak na przykład szarża na pola naftowe całego gangu w finale indiańskiego wątku. Są w niej momenty, w których można się po prostu zachwycić urodą wykreowanego świata oraz jego tysiącem ukrytych smaczków.  Po prostu te wspaniałe momenty są za często przerywane fragmentami, w których gra się tylko dlatego, aby ruszyć fabułę do przodu i uczciwie wszystko zakończyć.