Rozczarowani, nowy serial twórcy Simpsonów i Futuramy,  na razie nie zachwycają. To bardzo przyjemny i zabawny serial, ale brakuje mu własnego charakteru. Jednak warto dać mu szansę, bo może rozwinąć się w coś większego.

Tekst powstał na podstawie pięciu odcinków dostarczonych przedpremierowo przez Netflix.

Rozczarowani to serial, który od samego początku musi mierzyć się nawet nie z jedną, a dwiema poprzedzającymi go legendami. W końcu nowa animacja od Matta Groeninga, twórcy Simpsonów i Futuramie to nie są przelewki i nikt nie zamierza stosować taryfy ulgowej w czasie jej oceniania. Oczywiście najuczciwiej byłoby podejść do nowego tworu zupełnie na świeżo, bez bagażu doświadczeń związanych z żółtą rodzinką i światem odległej przyszłości, ale coś takiego jest dla mnie chyba niewykonalne, przynajmniej z dwóch powodów. Pierwszy jest jak najbardziej osobisty – Simpsonowie i Futurama to produkcje, którymi jestem przesiąknięty na poziomie atomowym i nie jestem w stanie się tego wyzbyć. Drugi powód jest jednak bardziej znaczący – sam Groening nie sili się na żadną rewolucję w swojej twórczości i oferuje widzom sprawdzone rozwiązania w odmiennej scenografii. I trudno mu się w tym wypadku dziwić.

rozczarowani tawerna

Główną bohaterką Rozczarowanych jest Bean – księżniczka znajdującego się w świecie fantasy królestwa, która wyjątkowo słabo nadaje się do roli jaką ofiarował jej los. Zamiast chodzić w sukniach i przygotowywać się do roli posłusznej żony i matki woli wyskoczyć do knajpy, upić się i wpaść w jakieś kłopoty. Niezbyt zastanawia nad swoimi poczynaniami, co mści się na niej co chwilę, ale przynajmniej sprawia, że jej życie nigdy nie jest nudne. Jeśli nasuwają się Wam skojarzenia z Homerem Simpsonem i Fry’em w damskim wykonaniu, to trafiliście doskonale. Jest też tutejszy Bender, czyli wolny duch pozbawiony skrupułów i wiodący bohaterkę na manowce, tym razem  w postaci osobistego demona Luciego. Trzecią ważną postacią jest Elfo – elf, który uciekł z krainy wiecznej szczęśliwości, aby w końcu posmakować prawdziwego życia. Do tego dochodzi plejada charakterystycznych dla serialów Groeninga postaci drugo i trzecioplanowych – różnorakich szaleńców, nieudaczników i dziwaków, którzy w ostatecznym rachunku okazują się jednak sympatyczni.

rozczarowani krol

Podobnie ma się sprawa z humorem, który także prezentuje wszystkie ulubione chwyty używane w Simpsonach i Futuramę. Mamy tu do czynienia z tą specyficzną mieszanką inteligentnego dowcipu słownego połączonego ze slapstickiem na zasadzie “ktoś robi sobie coś bolesnego”. Dodatkowo dostajemy sporą dawkę wymieszania średniowiecznej mentalności ze współczesnością. Część z tych żartów jest trafiona, niektóre wydają się wciskane na siłę, ale ogólny rozrachunek jest na plus. Jednak w przypadku serii komediowych trzeba zdać się na trochę cierpliwości i poczekać aż twórcy w pełni odnajdą swój rytm, a my do niego przywykniemy. Potencjał jest spory, bo już teraz jest całkiem nieźle.

Rozczarowani potrzebują więcej charakteru

rozczarowani las

Po pięciu zaprezentowanych recenzentom odcinkach stwierdzam, że największym problemem Rozczarowanych jest ich zachowawczość i brak odwagi na trochę więcej szaleństwa. Nie zrozumcie mnie źle, dzieją się tam sporo odjechanych rzeczy, ale wszystkie utrzymane są w konwencji, do jakiej przyzwyczaili nas Simpsonowie i Futurama. W przygodach Bean brakuje mi na razie czegoś własnego i unikalnego. Oczywiście, fani twórczości Groeninga powinni być zadowoleni, bo to oni są ewidentną grupą docelową, ale mam wielką nadzieję, że nie skończy się tylko na tym. Bo jak wspomniałem, potencjału w tym wszystkim jest naprawdę sporo.