Rumia Comic Con to dowód na to, że jakość imprezy nie zależy od jej wielkości. Kameralne wydarzenie zawierało w sobie wszystko, czego powinno wymagać się od udanego komiksowego festiwalu.

W zeszłą sobotę gościłem na pierwszej edycji Rumia Comic Con, której nazwa jest w pewien sposób żartem na temat tego, że teraz każdy może stworzyć swój własny Comic Con. Jednak Łukasz Kowalczuk, organizator całego zamieszania, wziął sobie sprawę do serca i taką imprezę naprawdę stworzył. Udało mu się zapewnić cały dzień wypełniony spotkaniami z czołowymi polskimi komiksiarzami, warsztatami oraz strefą targową. Było tam wszystko, czego powinno wymagać się od solidnie zorganizowanej imprezy tego typu. Jednak nie jest to wydarzenie, o którym usłyszycie szerzej w mediach lub na profilach znajomych z całej Polski. Na takie imprezy nie zjeżdżają się tłumy fanów, nie ma na nich potężnych zagranicznych gości czy całego tabunu cosplayerów. Wszystko odbywa się w skali mikro, na skromnie i spokojnie. Mogłoby to zabrzmieć jak krytyka, ale nią nie jest, bo właśnie takie wydarzenia kulturalne są nam najbardziej potrzebne.

 źródło: Stacja Kultura

Pomijając osobiste zarzuty wobec paru inicjatyw, to fajnie widzieć, że w Polsce jest miejsce na tak wielkie wydarzenia, jak chociażby Pyrkon czy warszawski Comic Con. Takie flagowe imprezy pokazują skalę nerdowego zjawiska w Polsce, ale nie mogą stanowić jego podstaw, powinni służyć do spijania śmietanki ubitej na mniejszych wydarzeniach. W takich wypadkach trudno mówić o budowaniu więzi i możliwościach odkrycia mniej znanych twórców, tematów czy produktów, bo one wszystkie giną w morzu innych atrakcji. I ponownie podkreślam – nie ma w tym nic złego, ale potrzebne są nam miejsca, w których można rozpocząć od właściwie zerowego poziomu rozpoznawalności i obycia w środowisku. To istotne także w kwestii docierania do jak największej ilości nowych odbiorców, którzy niekoniecznie dadzą się przekonać do wizyty na imprezie wymagającej wyłożenia kilkudziesięciu złotych na samo wejście.

Comic Con na miarę naszych możliwości

Jak już wspomniałem, Rumia Comic Con nie należał do imprez szczególnie hucznych, ale nie sposób odmówić mu wartości pod względem animowania środowiska. Pierwszym argumentem jest już sama lokalizacja – Rumia to niewielkie miasto, choć sąsiadujące bezpośrednio z Gdynią, a takie raczej nie kojarzą się z efektownymi imprezami kulturalnymi. Jednak organizacja pokazała, że nie liczy się skala i nawet miasteczko może zorganizować ciekawą imprezę tego typu. Warto wspomnieć tu o samym miejscu, czyli Stacji Kultura mieszczącej się na wyremontowanym dworcu. Imprezy w mniejszych miejscowościach mają to do siebie, że przyciągają mieszkańców, którzy są ciekawi każdej nowości. To trochę pokazuje, jak rozpieszczeni są mieszkańcy dużych miast – ja naprawdę muszę być czymś zainteresowany, aby ruszyć tyłek na jakieś wydarzenie. Dzięki takim działaniom można trafić do naprawdę zróżnicowanej grupy, która tylko pozornie jest poza zasięgiem danej działalności.

Rumia comic con targi

fot. Radosław Bolałek

Ważnym elementem jest także wcześniej wspomniana kameralność, która jest czymś wyjątkowo korzystnym zarówno dla fanów, jak i początkujących autorów. Tylko na małych imprezach ci pierwsi mają szansę na zadanie pytań na spotkaniu autorskim, czy spokojne podejście do lubianego twórcy i zamienienie z nim paru słów. Na wielkich imprezach nie ma na to szans, bo wszystko dzieje się tam za szybko i w za dużej skali. Festiwalowym wyjadaczom może wydać się to naiwne, ale ja sam pamiętam, jak jeszcze parę lat temu przeżywałem każdą możliwość krótkiej rozmowy z kimś bardziej osadzonym w środowisku. W przypadku Rumia Comic Con fani komiksu mogli spotkać się między innymi z Tomaszem Grządzielą i Karolem Kalinowskim, czyli czołowymi polskimi twórcami tego medium. Dla początkującego miłośnika to znaczy naprawdę dużo. Natomiast w kwestii początkujących autorów sprawa ma się bardzo jasno: mała impreza to możliwość wystawienia stoiska ze swoimi pracami, które inaczej zniknęłoby w tłumie, a tak ma szansę przyciągnąć wzrok. Ja sam bardzo się zdziwiłem, bo dzięki wydarzeniu w Rumi dowiedziałem się o kilku rysownikach działających na terenie Trójmiasta, o których wcześniej nie miałem pojęcia. A wydawało mi się, że śledzę ten temat całkiem dobrze. Do tego należy dodać jeszcze sporą ilość warsztatów prowadzonych przez profesjonalistów, które były otwarte dla każdego chętnego bez konieczności dobijania się na listy rezerwacyjne. 

Wspierajcie swoje festiwale

Powyższy wywód można sprowadzić do jednego zdania: wspierajcie kameralne imprezy odbywające się w Waszej okolicy. Nie musicie ich organizować albo promować ich medialne, bo tak naprawdę najważniejsza jest jedna rzecz: po prostu na nich bądźcie. Zamiast płakać, że w Waszym mieście nie ma imprezy równej największym konwentom, przyjrzyjcie się, czy nie ma w nim jakiejś mniejszej inicjatywy. Wasza obecność znaczy naprawdę wiele dla organizatorów, a dla Was może okazać się wielkim zaskoczeniem. Taka festiwalowa praca od podstaw jest czymś bez czego nie może być mowy o prężnie działającej społeczności pasjonatów.

 

Autorem tytułowej grafiki jest Łukasz Kowalczuk