“Sausage Party” to filmowy ekwiwalent parówki. Mamy świadomość, że pełną w niej syfu i nie jest za dobrym posiłkiem, ale czasami ochota by ją zjeść jest po prostu nie do odparcia. Cały szkopuł w tym, co zrobimy z późniejszymi wyrzutami sumienia.

Raz na jakiś czas w kinach pojawiają się filmy, po których po prostu czuć, że powstały po to aby ich twórcy mogli się dobrze zabawić. W czasie ich oglądania łatwo sobie wyobrazić paczkę kumpli otwierającą kolejnego browarka i  rzucającą następnym absurdalnym żartem, który zaraz ląduje w notatkach i zostaje przeniesiony do scenariusza. Jeśli miałbym wskazać, kto w obecnych czasach produkuje takie twory to na pewno byłaby to grupa komików skupiona wokół takich postaci jak Seth Rogen, James Franco, Micheal Cera czy Jonah Hill. W komediach, w które są zamieszani wspomniani aktorzy, głupkowata radość wprost wylewa się z ekranu. Inna sprawa, że czasami panowie zapominają, że robią filmy nie tylko dla swojej zabawy i nie wszystko musi bawić także widownie. Zazwyczaj prowadzi to do powstania filmowej zbieraniny żartów, w której nie wiadomo, czy więcej jest dowcipów żenujących, czy tych naprawdę zabawnych. Ucieleśnieniem tego zjawiska jest właśnie “Sausage Party”.

parowa ziemniak

Już sam wyjściowy pomysł na fabułę zapowiadał film, w którym absurd goni za absurdem. Bo jak inaczej traktować wariację “Toy Story” opowiadającej o mieszkających w markecie produktach spożywczych, które czekają na zostanie wybranymi i wyniesienie do rajskiej krainy poza murami sklepu. Głównym bohaterem animacji jest parówka Frank, która marzy tylko o wybraniu przez Bogów i możliwości połączenia ze swoją ukochaną bułką, Brendą. Przeddzień czwartego lipca nastaje szczęśliwy moment i paczuszki z dwoma produktami lądują koło siebie w wózku wiozącym ich prosto do upragnionego raju. Jednak traf losu sprawia, że zamiast tego lądują poza bezpiecznym miejscem i muszą rozpocząć niebezpieczną podróż, która na zawsze zmieni ich życie. W jej czasie dowiedzą się przerażającej prawdy o swoim przeznaczeniu i odbiorą lekcję tolerancji oraz nie poddawania się ślepo zasadom. Droga te będę wiodła przez różnorakie działy symbolizujące różne kraje zamieszkane przez pomysłowo zaprojektowane i ładnie zaanimowane produkty spożywcze. Brzmi jak film, na który można spokojnie wybrać się z dzieckiem? Nic bardziej mylącego.

sausage-party

Wszystko rozbija się o to, że ta nawet urocza historyjka została wypełniona niesamowitą ilością wulgaryzmów i obscenicznych dowcipów. Część z nich jest zabawna, ale w natężonej ilości zaczynają się robić coraz bardziej żenujące. To ten rodzaj żartów, które latają gęsto między znajomymi leczącymi kaca po kilkudniowym chlaniu. Zresztą twórcy zdają się mieć pełną świadomość tego, co robią i wraz z rozwojem fabuły coraz mocniej ładują do pieca. Efektem tego jest naprawdę hardcorowa scena finałowa, która nie ma nic wspólnego z dobrym smakiem. Naprawdę trudno to będzie przebić, ale trzeba się o tym przekonać samemu, bo opis tylko popsuje efekt zgorszenia. A jak to wszystko razem smakuje? Będąc leniwym i korzystając z pokarmowej metafory napiszę, że “Sausage Party” to filmowy odpowiednik parówki. Jest efektem zmielenia odrobiny mięsa (nie była to polędwica) i wszystkich możliwych odpadów, które osobno nie są zbyt apetyczne. Trudno go polecić komuś, kto lubi dobrą kuchnię i dba o jakość spożywanych dań. Jednak ci, którzy znają tę nieodpartą pokusę, aby czasami wtrząchnąć parówę powinni być zadowoleni. Tylko aby nie przesadzać z ich obecnością w diecie, bo nie jest to najzdrowsze dla organizmu.